Click here to send us your inquires or call (852) 36130518

[ECHO �LONSKA]  [�LONSKE FORUM]  [�LONSK]  [RUCH AUTONOMII �L�SKA]

« IMPRESSUM

KONTAKT

post@EchoSlonska.com

3_01/2002

ECHO �LONSKA

« nazot do rubriki Debata


Potrzebujemy j�zyka !

Nasze narzecze jest pociemnia�e i twarde
Jak drzewo, kt�re d�ugo le�a�o pod wod�.
W naszym narzeczu m�wimy niewyra�nie i
Cicho, bowiem j�zyki nasze s� podci�te.
Nasze narzecze rozumie Pan B�g, a tak�e
�mier� - czujemy to wieczorami, przed za�ni�ciem.
Jan Goczo�

Nasza mowa wymiera. Jak m�wi czasami prof. Miodek, „wycofuje si�”. Mo�na j� jeszcze us�ysze� na terenach wiejskich, zdala od centr�w kulturalnych, raczej od ludzi starszych wiekiem. M�odzi mieszka�cy miast, ludzie lepiej wykszta�ceni, cho� przewa�nie jeszcze nie�le j� rozumiej�, nie chc� si� ju� ni� pos�ugiwa�.

Dla wielu ludzi nie znaj�cych mowy �l�skiej z domu, gdzie u�ywa�o si� jej w spos�b naturalny, lub s�abo j� pami�taj�cych, m�wienie po �l�sku oznacza po prostu m�wienie byle jak� „wsiow�” lub slangow� polszczyzn�. Wielokrotnie spotka�em Polak�w, kt�rzy wyczuwaj�c m�j �l�ski akcent, by� mo�e chc�c mi zrobi� przyjemno��, starali si� m�wi� do mnie, jak im si� wydawa�o, po �l�sku. W istocie m�wili byle jak� polszczyzn�, wplataj�c w ni� par� znanych z kabaret�w niemiecko brzmi�cych s��w, ca�e mn�stwo polskich wyra�e� slangowych a tak�e co nieco wulgaryzm�w. Walnie do rozpowszechnienia si� tego przekonania przyczyniaj� si� media, kt�re lansuj� kabaretowo - jarmarczny i prymitywny model �l�sko�ci.

Tak�e i my, �l�zacy wyro�li i wychowani w �l�skich domach, w „atmosferze” �l�skiej mowy, cho� j� kochamy, te� w jaki� spos�b mamy poczucie jej brzydoty i gorszo�ci. Bez psychicznych barier potrafimy rozmawia� po �l�sku z rodze�stwem, z rodzicami i krewnymi. Do nich „goda�o sie” od zawsze, przed nimi nie ma sensu si� ukrywa�. W kontaktach z nieznajomymi m�wienie „po naszymu” przychodzi nam z trudno�ci�. Nie umiemy te� rozmawia� po �l�sku z lud�mi, przed kt�rymi czujemy respekt, z prze�o�onymi, ze starszymi, z nauczycielami. Pracuj�c jako nauczyciel na uczelni wielokrotnie zaobserwowa�em to zjawisko, pr�buj�c na zaj�ciach zagadywa� gwar� do student�w, aby i ich sprowokowa� do tego samego. Cz�sto wychodzi� z tego be�kot. Widzia�em, �e oni, mimo �e chc� m�wi� po �l�sku, jako� nie potrafi�. Zaczynaj� si� j�ka�, mieszaj� s�owa polskie ze �l�skimi a tak�e z r�nymi wyra�eniami slangowymi.

Rozmawianie z kim� „po naszymu” tr�ci pewn� poufa�o�ci�, kt�ra k��ci si� z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do niekt�rych ludzi. Nie potrafimy w naszej mowie znale�� form adekwatnych do wyra�ania szacunku, jaki w naturalny spos�b z naszej strony pewnym osobom si� nale�y. Nie umiemy m�wi� w spos�b elegancki i uroczysty.

Wielkim i smutnym szokiem by�o dla mnie odkrycie, �e dwaj moi znajomi, rodowici �l�zacy, do swoich ma�ych dzieci m�wi� po polsku. Sami na co dzie� m�wi� gwar�, tak rozmawiaj� ze swoimi �onami, tak zwracaj� si� do krewnych. Kiedy zapyta�em dlaczego, us�ysza�em, �e to jako� samo tak wysz�o, �e inaczej nie potrafi�. M�wili to ze smutkiem, my�l� wi�c, �e nie ma w tym wyrachowania i konformizmu. Nasza mowa nie daje poczucia pi�kna. Podobnie jak my, m�wi�c do kogo�, komu chcemy okaza� szacunek, pod�wiadomie czujemy, �e bardziej adekwatne b�dzie u�ycie j�zyka literackiego, tak rodzice, chc�c swym dzieciom da� to, co najlepsze, pod�wiadomie przechodz� na polski.

Jeste�my wi�c rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony nasza mowa kojarzy si� nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z naszym domem rodzinnym, ze swojsko�ci�, z bezpiecze�stwem, z mi�o�ci�. Chcemy wi�c j� zachowa�. Z drugiej strony czujemy, �e jest ona gorsza, brzydsza, �e brak w niej pi�kna. W naszym narzeczu m�wimy wi�c niewyra�nie i cicho bo j�zyki nasze s� podci�te ...

To odczucie gorszo�ci, bylejako�ci j�zyka automatycznie przenosi si� na ludzi si� nim pos�uguj�cych. Sami postrzegamy naszych pobratymc�w jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku. Ch�opcy godaj�cy po �l�sku uwa�ani s� za mniej atrakcyjnych, dziewczyny za brzydsze. Ten stosunek dotyczy wreszcie samooceny cz�owieka. Sami siebie oceniamy jako mniej warto�ciowych. Wobec Polak�w m�wi�cych „poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks ni�szo�ci. Albo t�umi�c w sobie �al pr�bujemy si� do nich dostosowa�, albo zazdroszcz�c im separujemy si� i okopujemy w naszej �l�sko�ci, razem z j�zykiem odrzucaj�c wy�sz� kultur�, pi�kno i intelekt.

Wielokrotnie zastanawia�em si�, dlaczego tak jest. Co jest �r�d�em upo�ledzenia naszej mowy. Niew�tpliwie ogromne znaczenie maj� tu przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas dziesi�cioleci pieczo�owitego niszczenia jej, rugowania ze szk�, medi�w i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania jej jako mowy niewykszta�conych wie�niak�w i roboli, niegodnej cz�owieka kulturalnego. Ale czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewn�trz? Dlaczego nasza mowa nie daje tego odczucia pi�kna, kt�re mamy s�uchaj�c np. poezji w dobrym wykonaniu, albo ogl�daj�c przedstawienie teatralne. Czy przyczyna po cz�ci nie tkwi w nas samych, poniewa� sami nie szanujemy naszej mowy m�wi�c chaotycznie i byle jak? Czasami mo�na jeszcze us�ysze� starszych ludzi godaj�cych pi�knie, a� serce ro�nie i chce si� ich s�ucha� i s�ucha�. Oni pami�taj� j�zyk, jakiego u�ywa�o si� dawniej, kiedy jeszcze nie by�o telewizji a w niej „Nauki jazdy” i „�wi�tej wojny”. Jak niestety rzadkie jest to zjawisko!

C� jest przyczyn� takiego a nie innego odczucia estetycznego? Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako pi�kne, a inne jako brzydkie? Czy s� to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda, kt�ra si� zmienia i ka�e nam raz lubi� ma�e zielone samochody o kanciastych kszta�tach, a za dwa lata auta du�e, bordowe i raczej zaokr�glone? To te�. Ale czy jest pod tym ca�ym blichtrem co�, co si� nie zmienia co sezon, jaka� trwa�a i prawdziwa warto��? My�l�, �e tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele postmodernistycznych autorytet�w, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (cho� nie wystarczaj�cym), �eby�my mogli odczuwa� co� jako pi�kne jest pewna staranno�� „wykonania”, wewn�trzna sp�jno�� i logika, harmonia i porz�dek. Dlatego wolimy rzeczy wykonane porz�dnie od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy si� rozmawiaj�c z kim� uczesanym i ubranym porz�dnie ni� z kim� rozczochranym ubranym w zwisaj�ce spodnie z kt�rych wystaje pognieciona koszula.

To powi�zanie pi�kna z porz�dkiem by�o intuicyjnie odczuwane przez ludzi od dawna, my�l� nawet, �e dawniej by�o ono odczuwane znacznie wyra�niej ni� obecnie. Dlatego Polacy s�owo „�adny” wywiedli od s�owa „�ad”. Dlatego s�owo „kosmetyki”, czyli upi�kszacze, pochodzi od greckiego s�owa „kosmos” oznaczaj�cego w�a�nie porz�dek, �ad, kt�ry Grecy przeciwstawiali chaosowi, czyli nieporz�dkowi i zamieszaniu.

Problem polega na tym, �e nasza mowa tego podstawowego warunku nie spe�nia. Nasza mowa nie jest uporz�dkowana. Nasza mowa jest chaosem a nie kosmosem i dlatego tak trudno jest nam m�wi� porz�dnie i pi�knie, dlatego cz�sto odczuwamy j� jako brzydsz� i gorsz�. I my�l�, �e wielu z nas uwierzy�o ju�, �e tak to ma by�. Tak jak kiedy� polska szlachta wierzy�a, �e „Rzeczpospolita nierz�dem stoi”, tak my za reszt� kraju pozwolili�my si� przekona�, �e istot� m�wienia po �l�sku jest po prostu m�wienie byle jak po polsku. Oklaskujemy i wynosimy na szczyty popularno�ci ludzi cz�sto prymitywnych, sprowadzaj�cych nasz� mow� i tradycj� do poziomu rynsztoka.

To poczucie pi�kna j�zyka, a raczej jego brak, oddzia�uje i na nasze zewn�trze i na nasze wn�trze. W oddzia�ywaniu na zewn�trz j�zyk mo�na by przyr�wna� do ubrania. Ka�dy z nas chce si� ubiera� starannie i �adnie. Nie mam tu na my�li gonienia za ka�d� now� mod�. Mam na my�li to, co jest zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, �e chcemy by� schludni i ubiera� si� w czyste, wyprane rzeczy. Na specjalne okazje, np. wtedy gdy chcemy podkre�li� uroczysty charakter jakiego� wydarzenia, albo komu� okaza� szacunek, ubieramy si� szczeg�lnie elegancko. Uwa�aliby�my za gruby nietakt, gdyby kto� poszed� do �lubu w potarganych d�insach. Podobnie nie wypada i�� na sum� do ko�cio�a w przepoconej podkoszulce, adidasach i szortach - nie idzie si� przecie� na spotkanie z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem. J�zyk pe�ni podobn� funkcj� „zewn�trzn�”. Spotykaj�c ludzi chcemy „ubiera� si�” w porz�dny, czysty i schludny j�zyk. Je�li do naszego rozm�wcy m�wimy byle jak, manifestujemy w ten spos�b brak szacunku. Podobnie, je�li kto� m�wi do nas �adnie, postrzegamy go jako warto�ciowszego cz�owieka i sami te� czujemy si� dowarto�ciowani, bo okazano nam szacunek.

Ale j�zyk ma te� funkcj� wewn�trzn�. J�zyk jest nie tylko narz�dziem do komunikowania si� ludzi mi�dzy sob�. Jest to te� narz�dzie do komunikowania si� cz�owieka z samym sob�. J�zyk jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego intelektu, albo inaczej „narz�dziem do my�lenia”. My�limy zawsze w jakim� j�zyku. Nawet je�li nie wszystkie my�li wypowiadamy na g�os, zawsze formu�ujemy je za pomoc� j�zyka. Uwa�am wi�c, �e kszta�t tego „ubrania”, albo sprawno�� „narz�dzia” maj� kolosalny wp�yw na to, co my�limy i kim jeste�my. Jak skar�� si� czasami fizycy i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumie�, bo w znanym nam j�zyku brakuje odpowiednich s��w i konstrukcji, �eby je wyrazi�. Je�li nasz j�zyk jest nieuporz�dkowany i byle jaki, ca�e nasze my�lenie jest byle jakie. Je�li nasz rozum jest byle jaki, ca�e nasze �ycie jest byle jakie. Je�eli sam do siebie m�wi� byle jak, to znaczy, �e sam sobie nie okazuj� szacunku i sam siebie uwa�am za mniej warto�ciowego. Cz�sto wydaje mi si�, �e wielu z nas z tej bylejako�ci uczyni�o swoj� �yciow� filozofi�. Jest to rodzaj jakiego� samob�jstwa duchowego. I powstaje w naszej psychice g��bokie p�kni�cie, bo przecie� z drugiej strony cenimy sobie �ad i porz�dek.

P�k. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu stacjonuj�cego przed wojn� w Tarnowskich G�rach, napisa� w swoim pami�tniku: „Niew�tpliwie g�rujemy nad �l�zakami kultur� spo�eczn� i towarzysk�, a szczeg�lnie najdoskonalszym narz�dziem ludzkim - mow� poprawn�. Cho� wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wy�ej pod wzgl�dem intelektualnym, czy te� mo�liwo�ci materialnych ...” Czy czasem tu nie tkwi �r�d�o naszego upo�ledzenia w �yciu spo�ecznym, naszego wiecznego kompleksu ni�szo�ci, kt�ry ka�e nam dystansowa� si� od kultury i edukacji, kt�ry powstrzymuje nas przed podejmowaniem �yciowych i cywilizacyjnych wyzwa� i sprawia, �e na wolnym rynku idei i d�br znowu jakby zaczynamy pozostawa� w tyle, cho� podobno jeste�my pracowitsi, bardziej zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn tego, �e lud por�wnywalnie liczny jak niejeden europejski nar�d nie potrafi wyda� z siebie do�� ludzi �wiat�ych, wreszcie pochodz�cych st�d, kt�rzy potrafiliby wyprowadzi� region z zapa�ci? Czy to, �e ci�gle przegrywamy z przyjezdnymi ze Wschodu i z Zachodu nie wynika z tego, �e oni maj� nad nami t� kolosaln� przewag� w postaci najdoskonalszego narz�dzia ludzkiego - mowy poprawnej ?

Nie samym chlebem cz�owiek �yje. Cz�owiek potrzebuje pi�kna. Pan B�g stworzy� nas na swoje podobie�stwo i wpisa� w nasze serca t�sknot� do pi�kna razem z pragnieniem dobra. Potrzebujemy pi�kna tak samo, a mo�e nawet bardziej, ni� jedzenia i powietrza. Tylko �e o ile zawsze cenili�my dobro�, to nasza ascetyczna mentalno�� kaza�a nam si� do pi�kna odnosi� z rezerw�. Traktowali�my je zawsze nieco podejrzliwie, myl�c je z blichtrem i przemijaj�c� mod�, uwa�aj�c je za zastrze�ony dla mo�nych tego �wiata zbytek i fanaberi� a nawet za grzech. Rzadko te� go szukali�my. Obawiam si�, �e nie potrafi� nawet w naszej godce znale�� s�owa odpowiedniego do nazwania tego poj�cia!

A natury ludzkiej oszuka� si� nie da. Od pewnego czasu zastanawia mnie pewien fenomen. �l�sk zawsze s�yn�� z zami�owania do muzyki. Podobno mamy obecnie na �l�sku najpr�niejsze �rodowisko muzyczne w Polsce a �l�scy kompozytorzy znani s� na �wiecie. Ksi�a z kolei chwal� �piew wiernych w ko�ciele, kt�ry podobno ci�gle jeszcze wyra�nie odr�nia nas od reszty kraju. Czy nie ma tu kontrastu w stosunku do ub�stwa naszego regionu w dziedzinie sztuk zwi�zanych ze s�owem, tj. literatury i teatru? Czy nie jest tak, �e wobec braku j�zyka, kt�ry by�by nasz i jednocze�nie by�by wystarczaj�co szlachetnym i doskona�ym tworzywem dla tw�rczo�ci artystycznej, nasza t�sknota za pi�knem wyra�a si� w muzyce, kt�ra podobno jest „j�zykiem mi�dzynarodowym”? Czy nie jest to �wiadectwo jakiego� okaleczenia? Bo muzyka jest j�zykiem serca a nie umys�u i normalnego j�zyka zast�pi� nie mo�e.

Je�li wi�c chcemy przetrwa�, je�li chcemy si� normalnie rozwija�, potrzebujemy j�zyka. Potrzebujemy j�zyka, kt�ry by�by nasz, tj. dawa� nam poczucie swojsko�ci, i jednocze�nie dawa� nam poczucie pi�kna. Warunkiem koniecznym przywr�cenia naszej mowie pi�kna jest jej uporz�dkowanie. Dziwi� si�, �e �l�zacy, podobno maj�cy przywi�zanie do porz�dku „zakodowane w genach”, nie zdobyli si� do tej pory na to, �eby uporz�dkowa� swoj� mow�!

�rodkiem do uporz�dkowania naszej mowy jest j�zyk pisany. Dlaczego j�zyk pisany? Po pierwsze dlatego, �e porz�dkuj�c nasz� mow� musimy si� jej niejako na nowo nauczy�. Forma pisana jest mniej ulotna ni� m�wiona. Znacznie �atwiej jest rozpowszechnia� teksty pisane ni� nagrania d�wi�kowe. Znacznie �atwiej jest si� z nich uczy�. Po drugie, j�zyk pisany, jako bardziej trwa�y i �atwiejszy do udokumentowania od m�wionego, wymusza wi�ksz� staranno��. Pisanie po �l�sku zmusi nas do u�ywania naszej mowy z wi�kszym szacunkiem, namys�em i w spos�b bardziej �wiadomy.

Wielokrotnie s�ysza�em opinie, �e nie jest nam potrzebny standard j�zyka pisanego. Mo�na przecie� zapisywa� teksty „fonetycznie”, u�ywaj�c regu� ortograficznych j�zyka polskiego, do kt�rych przywykli�my. Tymczasem ka�dy cz�owiek m�wi troch� inaczej, a s�yszy jeszcze inaczej. Je�li ka�dy b�dzie zapisywa� s�owa tak, jak je s�yszy i jak mu si� wydaje, �e jest dobrze, powstanie z tego tylko zamieszanie. W�a�nie z tak� sytuacj� mamy do czynienia w tej chwili. Ostatnio przecie� nawet do�� sporo pisze si� po �l�sku a tak�e w innych gwarach. I okazuje si�, �e tzw. pisownia „fonetyczna” jest w rzeczywisto�ci tylko pewn� gwarow� stylizacj� standardowej polszczyzny, w dalece niedoskona�y spos�b odzwierciedlaj�c� fonetyk� mowy, kt�ra jest zapisywana. Kto�, kto nie zna gwary z domu, nie jest w stanie takiego tekstu dobrze przeczyta�. Z tego powodu wspania�� ksi��k� k�. Tischnera „Historia filozofii po g�ralsku” trzeba by�o uzupe�ni� kilkoma kasetami magnetofonowymi z nagran� mow� prawdziwych Podhalan!

Na dodatek, czego zreszt� mo�na si� by�o spodziewa�, ka�dy autor zapisuje „fonetycznie” j�zyk inaczej. Zdarza si�, �e w tekstach tego samego autora to samo s�owo zapisywane jest na kilka sposob�w. To pot�guje odczucie chaosu i niedoskona�o�ci naszej mowy. To bardzo utrudnia odbi�r tekst�w, bo cz�owiek czyta oczami a nie uszami! Je�li nie ma przejrzystych regu� ortograficznych i gramatrycznych, je�li nie ma ustalonego sposobu zapisywania poszczeg�lnych s��w, je�li ka�dy robi to inaczej, to czytaj�c taki tekst musimy sobie ka�de s�owo niejako powt�rzy� w my�lach, �eby je zrozumie�. To sprawia, �e czytanie jest czasoch�onne i m�cz�ce. W taki spos�b czytaj� tylko dzieci ucz�ce si� czyta�. Doros�y cz�owiek czyta oczami, bez powtarzania s��w w pami�ci kojarz�c do razu ci�g znak�w z jego znaczeniem. Post�p cywilizacyjny wymusza na nas konieczno�� szybkiego „przetwarzania” coraz wi�kszych ilo�ci informacji tekstowej. Ostatnio modne sta�o si� nawet tzw. szybkie czytanie. Ludzie s� sk�onni drogo p�aci� za nauk� tej umiej�tno�ci, organizuje si� zawody, a najlepsi s� podobno w stanie przeczyta� kilkusetstronicow� ksi��k� w p� godziny. Je�li nie dopracujemy si� powszechnie zaakceptowanego standardu, wtedy pisany �l�ski nigdy nie stanie si� sprawnym narz�dziem porozumiewania si� ludzi mi�dzy sob�.

J�zyk pisany w pewnym stopniu “�yje” niezale�nie od j�zyka m�wionego. M�drze przemy�lany i nie uzale�niony sztywno od wymowy standard j�zyka pisanego stwarza przy tym szans� na to, �e b�dziemy mieli jedno �l�skie pismo a mieszka�cy poszczeg�lnych cz�ci naszej ma�ej ojczyzny b�d� mogli zachowa� specyficzne cechy swoich gwar, kt�re, jak wiadomo, r�ni� si� od siebie.

Nie oszukujmy si�, �e we wsp�czesnym zglobalizowanym �wiecie, pod ogromnym naciskiem medi�w, nasza mowa przetrwa d�ugo jako gwara. W tej chwili wydaje si�, �e obserwujemy jej „rewitalizacj�”, wydawane s� r�ne ksi��ki po �l�sku, organizuje si� konkursy gwary itp. Jednocze�nie z „rewitalizacj�” obserwujemy jednak tendencj� do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym rezerwacie albo muzeum osobliwo�ci. S�ysza�em jaki� czas temu wypowied� prof. Miodka, kt�ry stwierdzi�, �e bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po naszymu, po �l�sku” zg�aszaj� si� ludzie m�wi�cy gwar� z nalecia�o�ciami inteligenckimi, tj. wtr�caj�cymi do swoich wypowiedzi wymawiane po �l�sku s�owa zapo�yczone z polskiego a oznaczaj�ce r�ne poj�cia abstrakcyjne. Prof. Miodek stwierdzi�, �e to nie jest autentyczna gwara i �e on jako juror takich kandydat�w natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte jest przekonanie, �e po pierwsze gwara jest j�zykiem zarezerwowanym tylko dla ludzi niewykszta�conych, po drugie, �e gwara musi by� j�zykiem ju� zamkni�tym, tj. �e nie mo�e ona rozwija� si�, przyjmowa� nowych s��w i rozszerza� swojego zakresu zastosowania. Oznacza to w istocie jej zamkni�cie w rezerwacie hasioka, familoka i nudelkuli. W miar�, jak �l�zacy pos�uguj�cy si� swoj� mow� b�d� si� coraz lepiej kszta�ci� i wzbogaca� swoje s�ownictwo, w miar� jak zmieniaj�ce si� warunki �ycia spowoduj� odchodzenie w przesz�o�� starych sprz�t�w, zawod�w, czynno�ci i sposob�w �ycia, coraz mniej ludzi b�dzie w stanie spe�ni� tak zdefiniowane kryterium autentyczno�ci gwary - stanie si� wi�c ona j�zykiem martwym. O ile kiedy� naszej mowie szykowano „�mier� gwa�town�” poprzez szykanowanie ludzi si� ni� pos�uguj�cych, to takie podej�cie nazwa�bym zab�jstwem z podaniem �rodk�w znieczulaj�cych, czyli eutanazj�. Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa �y�a, chcemy jej u�ywa� na co dzie� w r�nych sytuacjach i okoliczno�ciach!

I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych s�ownik�w gwarowych. Pisanie kolejnego s�ownika gwarowego tym r�ni si� od pracy nad uporz�dkowaniem j�zyka, �e jest tylko biernym dokumentowaniem istniej�cego stanu rzeczy, np. po to, �eby ocali� od ca�kowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to zbieranie eksponat�w do muzeum, po to, �eby za jaki� czas nowoczesny cz�owiek m�g� sobie w tym muzeum poogl�da� r�ne dziwaczne sprz�ty, kt�rych ju� si� dawno nie u�ywa. Praca nad j�zykiem zak�ada natomiast d��enie do jego wydoskonalenia po to, �eby go u�ywa� i �eby ludzie mogli sprawniej si� swoj� mow� pos�ugiwa� w zmieniaj�cej si� rzeczywisto�ci.

I to jest w�a�nie moim zdaniem najistotniejsza r�nica mi�dzy j�zykiem a gwar�. Nie ma tu znaczenia to, czy eksperci uznaj�, �e nasza mowa wystarczaj�co r�ni si� od polskiego, �eby j� nazwa� j�zykiem. Nie ma sensu si� o to k��ci�. Je�li nasza mowa zostanie nazwana dialektem, m�wmy o skodyfikowanym dialekcie, je�li nazw� j� gwar�, m�wmy o literackiej formie gwary. Istotne jest to, czy zdob�dziemy si� na prac� nad jej uporz�dkowaniem i wydoskonaleniem.

Aby przeciwstawi� si� negatywnym stereotypom i przywr�ci� naszej mowie pi�kno, sami musimy si� nauczy� pi�knie jej u�ywa�. Potrzebujemy ludzi, kt�rzy poka�� nam na nowo, jak to zrobi�, jak mo�na si� nasz� mow� pos�ugiwa� pi�knie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy wi�c literatury: wierszy, pie�ni, poemat�w, powie�ci, na kt�rych b�dziemy mogli si� wzorowa�. Uporz�dkowana, logiczna struktura j�zyka jest czym� w rodzaju rusztowania albo szkieletu, w oparciu o kt�ry mo�e powsta� pi�kny utw�r. Utalentowanych pisarzy i poet�w nie mo�na zaplanowa� i „wyprodukowa�”. O to mo�emy si� tylko modli�. Mo�na natomiast zrobi� ten pierwszy krok i da� im „narz�dzie” w postaci szlachetniejszej formy j�zyka. Mo�emy te� stworzy� atmosfer� sprzyjaj�c� rozwojowi potencjalnych talent�w.

Nie oszukujmy si� te�, �e nie b�dzie nas to nic kosztowa�o. Opracowanie standardu b�dzie wymaga�o od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenion� pomoc� mog� wprawdzie by� chc�cy pisa� po naszymu entuzja�ci amatorzy, ale decyduj�c� jej cz�� powierzy� trzeba dysponuj�cym odpowiedni� wiedz� specjalistom. Tych specjalist�w musimy znale��, musimy im stworzy� odpowiednie zaplecze i warunki. Musimy te� zdoby� si� na pewien kompromis, bez kt�rego nie da si� stworzy� jednego standardu wsp�lnego dla wszystkich. Ten kompromis nie mo�e jednak polega� na tym, �e wi�kszo�� przeg�osuje mniejszo��, ale na poszukiwaniu form pi�kniejszych, bardziej uporz�dkowanych i logiczniejszych. Naszej mowy wszyscy b�dziemy musieli si� niejako na nowo nauczy�. Jednak �l�sk jakiego chcemy, �l�sk wierny tradycji, ale kreatywny i tw�rczo wychodz�cy naprzeciw nowym wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten �l�sk b�dzie wymaga� wysi�ku, tak�e intelektualnego. Ale inny �l�sk nie jest mo�liwy. �l�sk byle jaki, g�upawy i dziadowski zaprzeczy�by swoim korzeniom. Na wysi�ek uporz�dkowania j�zyka zdoby�o si� wiele mniejszych spo�eczno�ci europejskich, takich jak Katalo�czycy, Baskowie, Walijczycy a tak�e bliscy nam geograficznie i etnicznie Kaszubi. Uwa�am, �e nie jest to zadanie, jakie przekracza�oby i nasze mo�liwo�ci.

Przez lata prze�ladowa� nauczyli�my si�, �e sposobem na zachowanie naszej to�samo�ci jest trwanie przy tradycji naszych przodk�w. Wydaje mi si�, �e uparte trzymanie si� starych zwyczaj�w i sposob�w �ycia sta�o si� nawet pewnym wyznacznikiem �l�sko�ci. Niestety, w zmieniaj�cym si� coraz szybciej �wiecie ta tradycja staje si� dla nas coraz bardziej wi�zieniem. Bierne powielanie starych schemat�w mo�e zar�wno jednostki, jak i ca�e spo�eczno�ci doprowadzi� do katastrofy. Opracowanie j�zyka pisanego, kt�rego opanowanie b�dzie wymaga�o intelektualnej aktywno�ci, mo�e nam pom�c wydoby� si� z zakl�tego kr�gu starych sposob�w �ycia. Mo�e ono mie� kolosalne znaczenie dla przemiany naszej mentalno�ci. Bycie �l�zakiem nie b�dzie ju� polega�o na biernym poddaniu si� starym wzorcom. Bycie �l�zakiem b�dzie wymaga�o aktywno�ci woli i umys�u. By� mo�e dzi�ki temu otworzy si� dla nas �cie�ka, kt�r� pod��aj�c b�dziemy mogli si� rozwija� nie zaprzeczaj�c swej to�samo�ci. My�l�, �e powstanie j�zyka mog�oby wyzwoli� wielki niewykorzystany potencja�, kt�ry, jak uwa�am, wci�� drzemie ukryty w wielu wspania�ych ludziach, kt�rych na �l�sku jeszcze sporo zosta�o.

Nowoczesny j�zyk powinien sta� si� podstaw� naszej to�samo�ci. Paradoksalnie podstawa taka, jako byt niematerilany, mo�e w zmieniaj�cym si� �wiecie okaza� si� trwalsza ni� wszystkie warto�ci i zwyczaje zwi�zane z kultur� przemys�ow�, na kt�re tak ch�tnie si� powo�ujemy. Przy tym w przeciwie�stwie do takich cn�t jak pracowito�� czy uczciwo��, kt�re maj� charakter uniwersalny, j�zyk jest warto�ci� unikalnie nasza, pozwoli wi�c on nam wyr�ni� si� spo�r�d og�u.

Obawiam si�, �e je�li na wysi�ek uporz�dkowania j�zyka si� nie zdob�dziemy, nasza mowa skazana jest na wymarcie. Je�li chcemy sobie zaoszcz�dzi� problem�w i cierpienia, powinni�my jak najszybciej o niej zapomnie� i przej�� na standardowy polski. Tylko czy �l�sk b�dzie wtedy jeszcze �l�skiem, czy �l�zacy b�d� �l�zakami. Czy nie b�dzie tak, �e pozostanie po nas tylko nazwa geograficzna i rezerwat - par� starych stroj�w w muzeum, no i mo�e jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na „barbork�”?

My�l�, �e tak naprawd� wszyscy i ci, kt�rzy jeszcze pr�buj� walczy�, i ci, kt�rzy ju� stracili nadziej�, instynktownie czujemy, �e to by�by koniec. Gdzie� g��boko w naszych sercach wiemy, �e nasza mowa jest dla nas czym� bardzo wa�nym. Czujemy wi� z tym godaniem, kt�re kojarzy si� nam z domem, z rodzin�, ze wszystkim co swojskie, z godaniem, kt�re jest tak bardzo nasze, jak to tylko jest mo�liwe. I wszystkich nas boli, �e ta mowa zanika, „wycofuje si�”. Niekt�rzy z nas ten b�l pr�buj� t�amsi� w sobie, inni otwarcie manifestuj� bunt. I wychodzi ten �al z nas w r�nych sytuacjach i przemienia si� w agresj�, w pretensje do siebie nawzajem, do s�siad�w, do �wiata, do historii, kt�ra zmiata z powierzchni ziemi to, co dla nas drogie. My�l�, �e je�li nasza to�samo��, nasz j�zyk by�yby nale�ycie zabezpieczone, te �ale i pretensje uleg�yby wyciszeniu.

I w�a�nie ta nasza t�sknota za byciem sob�, nasze d��enie do tego, �eby trwa�, jest wystarczaj�c� motywacj�, �eby si� tego zadania podj��. Nie potrzebujemy uzasadnienia ekonomicznego, historycznego, nie musimy m�wi� o narodzie ani o niepodleg�o�ci, nie ma w tym �adnej polityki. Wystarczy, �e tego mocno chcemy i �e nie ma w tym nic z�ego. No bo c� mo�e by� z�ego w tym, �e chcemy m�wi� i pisa� pi�knie po naszymu. Czy to mo�e szkodzi� Rzeczypospolitej, czy to mo�e zagra�a� Polakom, Europie, �wiatu? Komu� pr�cz samego diab�a mo�e szkodzi� d��enie do pi�kna, porz�dku i harmonii?

Istnienie po�r�d og�u spo�eczno�ci o w�asnej, r�nej od przyj�tej przez wi�kszo�� tradycji, kulturze, o innym j�zyku jest jakby ogl�daniem �wiata z innego punktu widzenia. Dopiero jako spo�eczno�� wieloetniczna mo�emy postrzega� rzeczywisto�� w ca�ym jej bogactwie i we wszystkich wymiarach. Prawdziwym niebezpiecze�stwem dla Polski jest p�ytka mono-kultura, kt�ra, jak pokazuje do�wiadczenie, w kr�tkim czasie prowadzi do pustyni. Naszej zakorzenionej w tej ziemi od p�torej tysi�clecia etniczno�ci nie zast�pi importowanie z Afryki kilku Murzyn�w, nawet je�li ci Murzyni strzelaj� gole w ka�dym meczu.

J�zek Kulisz




« zur�ck zur Rubrik Debata

[ AKTUELL ]  [ POLITIK ]  [ EKO-NOMIA ]  [ KULTUR ]  [ HISTORIA ]  [ Z ARCHIWUM ]  [ PUBLIKACJE ]  [ MINIATURY ]  [ VITA ]
[ REAKCJE ]  [ DEBATA ]  [ Z FORUM ]  [ INFORMACJE ]  [ HUMOR ]  [ OFERTY ]  [ INDEX ]  [ FORMAT ]  [ ARCHIV ]  [ SUCHEN ]