Click here to send us your inquires or call (852) 36130518

[ECHO �LONSKA]  [FORUM]  [SERVIS]  [�LONSK]  [RUCH AUTONOMII �L�SKA]

« IMPRESSUM

KONTAKT

post@EchoSlonska.com

5_04/2002

ECHO �LONSKA

« nazot do rubriki Kultur


Rozwa�ania starego �l�zaka o J�zefie von Eichendorffie

Freiherr J�zef von Eichendorff. Piewca �laskiej ziemi. �l�skich nizin i wy�yn (O T�ler weit, o H�hen). �l�skich dr�g i scie�ek, prowadz�cych do �l�skich osad, wsi i miasteczek (Der frohe Wandersmann) Wesoly w�drownik.
�l�skie by�y wtedy, s� dzisiaj i pozostan� - p�ki �wiat �wiatem - �ubowice, Brzezie, Pogrzebie�, Rzuch�w, Lyski, Sumina, Psz�w, Dzimierz. Tego nie da si� przewie�� - nawet na stu platformach - ani na Wsch�d, ani na Zach�d.
Tedy pozostan� na swoim miejscu, cho� zalane asfaltem, drogi zje�d�one konno, w bryczkach, landauerach przez bliskich, przyjaci� i samego J�zefa von Eichendorffa.
�l�skie by�y wtedy dni radosne, smutne i zwyczajne - bez zdarze� godnych odnotowania. W Tworkowie - maj�tku hr. Eichendorffa - wybuch�o prawdziwe, pierwsze powstanie. By�o to po tym, jak pewien kapelonek przeczyta� z ambony w ko�ciele rozporz�dzenie od kr�la - dot�d przed ch�opami tajone.
19 wsi w rybnickim podpisa�o uk�ad na pi�mie, ze b�d� dzia�a� przeciw panom. P�niej dosz�y wsi� z rybnickiego, raciborskiego, pszczy�skiego. Wszystkich by�o 81. 10 lutego ruszy� Psz�w przeciw Wrochenowi. 50 ch�opa posz�o do Krzy�kowic przegoni� kijami tych, co jeszcze odrabiaj� pa�szczyzn� zniesion� edyktem kr�lewskim 9 pa�dziernika 1807 r. przez Fryderyka Wilhelma III, gdzie by�o napisane: z dniem �w. Marcina 1810 roku - ko�czy si� w monarchii pruskiej wszelki stosunek podda�stwa. Po dniu �w. Marcina 1810 roku istnie� mog� jedynie ludzie wolni. Tedy, skoro krzy�kowiccy ch�opi oberwali lanie od pszowskich - poszli „spu�ci� manto” rzuchowikom.
Nie da�o si� przenie�� fizycznie - od czas�w Eichendorffa, czyli od jego narodzin 10 marca 1788 roku, do dzis - wspania�ych las�w (Hammer und Rauden) Ku�ni Raciborskiej i Rud z wtopionymi w ziele� per�ami �wczesnej architektury, opiewanymi r�wnie� przez Hermanna von Fallersleben, jak: rudzki zamek, kosci� cysters�w oraz widok�w rodem z Eichendorffm�hl, Dreim�hlen, kt�rym od poety nadano imi�. W swoim czasi� nawet Pogrzebie� mia� uzyska� imi� Eichendorffa. Wniosek upad�.
Da�o si� natomiast pokry� pajeczyn� zapomnienia i pozwoli� umrze� takim zak�tkom, jak: Hasegang w lubowickim parku, m�yn, gdzie powsta� wiersz In einem K�hlen Grunde, taras pod roz�o�ystym drzewem, na kt�ry wchodzi�o si� po drewnianych schodkach z por�czami po obu stronach. (Patrz ksi��ka FYRCOK cz. II, str. 160). Tam poeta napisa� O T�ler weit, o H�hen.
Nie da�o si� przemie�ci� �adnemu w�adcy idyllicznych wiosek, po�o�onych w dolinie Odry, okolonych beskidzkimi g�rami.
Uda�o si� natomiast pokry� - nietrwa�� na szcz�cie - zas�on� z paj�czyny Lubowitzer Tagebuchbl�tter, pisanych r�k� poety. Uda�o si� te� rozbi� na kawa�ki kamie� wielko�ci na p�tora ch�opa z napisem: „Dem S�nger des Waldes Joseph Freiherrn von Eichendorff Hohenbirken 26 XI 1907”. (Le�nemu piewcy J�zefowi von Eichendorffowi Brzezie 26 XI 1907).
Kilka zaprz�onych w jedn� si�� poci�gow� wo��w, przywlok�o na p�ozach �w kamie� z pewnego ogrodu w Pogrzebieniu, �eby go ustawi� na skraju lasu w Brzeziu.
Legenda powiada, �e w tym miejscu - cz�sto siadywa� poeta, spogl�daj�c na zamek w Pogrzebieniu, gdzie �y�a jego ukochana Anna Wiktoria, ur. 18 lipca 1792 roku w Niewiadomiu, a - ochrzczona dnia 20-go w ko�ciele parafialnym w Rybniku. Nauki pobiera�a w pensjonacie w Nysie. Wr�ci�a jako wykszta�cona dziewica. To ona rozkocha�a w sobie poet�.
O tym kamieniu opowiedzia� mi dziadek z Rzuchowa ur. w 1870 roku i dobrze pami�taj�cy tamte czasy. Za� zdj�cie tego� jest do obejrzenia w pi�mie Parafii Rzymsko-Katolickiej �w. Aposto��w Mateusza i Macieja w Brzeziu nad Odra - z 29 pa�dziernika 1995 roku. Tytu�: BRZESKI PARAFIANIN.
W pi�mie tym znajdzie tez czytelnik ciekaw� tablic� genealogiczn� „Stammtafel der Freiherren von Eichendorff”.

Drugie zdj�cie - o ile� ciekawsze od wy�ej wymienionego - przys�a� mi Chris Lepiarczyk.

Fragmynt listu, jakich dosto� od Chris Lepiarczyka:

Siedli my przi stole, a on pokazuje mi tyn Wasz tekst i pado: ”Czyto�e� sam to?” Jo godom: ”Jeszcze ni ” i biera i czytom tyn konsek, kaj stoi o kamiyniu kiery na cze�� Eichendorffa postawiyli ludzie w Brzeziu, a kierego ju� tam ni ma. I potym Romek k�adzie mi na st� stare zdjynci, kiere jo ju� widzio�, jak my �o�skigo roku u niego stare zdjyncia oglondali, yno nie wiedzieli, kaj by�o te zdjynci zrobione, a �odyn nie poradziy� nom tego pedzie�. Mie serce a� zaklupa�o z wra�ynio. Dy� to je tyn kamiy�, o kierym Wy�cie sam napisali, panie Rudolfie (kopia tego zdjyncio Wom sam do listu za�onczom). A tyn chop po lewyj stronie pod kamiyniym to je starzik od Romka, ty� Roman, razem ze swojom przisz�om �lubnom na zolytach. A jednoczesnie je to m�j, sz�oby pedzie�, ujec, czyli brat mojigo starzika J�zefa. Zarozki my postanowiyli, co Wom, panie Rudolfie koniecznie te zdjynci muszymy posla�, co ty� sam robia.

Ma�o by�my wiedzieli o ciekawostkach, zawartych w lokalnych czasopismach, sponsorowanych na og� przez ludzi niezbyt bogatych, ale sercem i dusz� oddanych naszej DOMOWIZNIE i maj�cych tam miejsce faktach, zdarzeniach i wydarzeniach.
A tak wiemy, �e one fakty, zdarzenia i wydarzenia - nie stanowi� o dumie aktualnie zarz�dzaj�cych naszym sponiewieranym regionem, kt�ry posiada swoje miejsce na mapie Europy, swoja kultur�, w�asny j�zyk, tradycje, zwyczaje, obyczaje i co z tego?


Zamek w �ubowicach, park i ca�y krajobraz g�rno�l�ski - to wszystko wesz�o do niemieckiej literatury. J�zef v. Eichendorff nie wybiera� sobie DOMOWIZNY. Jaka wtedy by�a, tak� zasta� lub - jak kto woli - w takiej �y� i tworzy� j�zykiem na�wczas obowi�zuj�cym.
Przysz�o na tej ziemi �y� i tworzy� jemu, jako� i jemu wsp�czesnym, uczestnicz�c w narodzinach, chrzcinach, weselach - prze�ywa� rozstania i powitania.
�ledz�c wspomniane drzewo genealogiczne rodziny Freiherren von Eichendorff odczyta� mo�na nazwy miejscowo�ci i nazwiska nie wykraczaj�ce poza G�rny �l�sk. W dw�ch przypadkach (na kilkadziesi�t), odnajdujemy Innsbruck i Wien. Poza tym mamy: Zerbow bei Crossen, von Kotulinska, Jakob na w�o�ciach Deutsch Krawan, Burchard auf Sedlnitz, Matuschka von Topolczau (1715), Anna Margareth Schmerowska von Litkowitz, Rudolf Joh. auf Deutsch Krawan, Gottl. auf Tworkau, Adolf auf Lubowitz, Tost und Slawikau (1818) i Caroline von Kloch (1823)... Do��, bo daty, nazwiska, miejscowo�ci (na dobr� spraw� nawet nie zidentyfikowane) - mog� zm�ci� w g�owie.
Chodzi�o mi o wykazanie, �e ludzi mo�na by�o rozstawi� po �wiecie, ale - Lubowitz, Krawan�w, Sedlnitz, Litkowitz, Slawik�w, Twork�w, Pschow... nie da si� nigdy przenie�� - ani do Warszawy, ani do Krakowa, ani do Berlina, ani do Czestochowy.
A przecie� J�zef von Eichendorff w�a�nie tym okolicom oddawa� pok�on, te ziemie opiewa� poezj� i pie�niami.
By� czas, kiedy zachwyt dla tw�rczo�ci poety nie by� adresowany z przeznaczeniem dla szprechaj�cych, godaj�cych i m�wi�cych. Poeta nie by� w stanie przewidzie�, �e nadejd� na naszym G�rnym �l�sku takie czasy, �e jedni b�d� go "lieben", drudzy bydom mu "pszo�", jyny ci, co powy�sze stany ducha nazywaj� "kochaniem" - nie b�d� poecie przychylni, bo dla nich jest cz�owiekiem z gatunku tych ODWIECZNYCH...
I oto nades�a� mi serdeczny przyjaciel Bogus�aw Ko�odziej z Pszowa kilka skserowanych, lu�nych kartek, zapisanych gotykiem - znanym mi ze szko�y - z ksi��ki traktuj�cej o poecie J�zefie von Eichendorffie.
Min�o 57 lat, jako �e w 1943 roku uko�czy�em Volksschule w Krzy�kowicach (dzi� Psz�w), kiedy to by� mo�e z tej ksi��eczki uczy�em si� czyta� po niemiecku, a potem opowiada� swoimi s�owami o tym, co przeczyta�em. Cieszy mnie to, �e zapami�tanymi z tamtych czas�w obrazkami mog� si� dzi� podzieli� z ka�dym, komu tw�rczo�� poety by�a mi�a i taka pozosta�a.


Grete Dobroschke w kr�tkim opowiadaniu przypomnia�a gr�b Eichendorffa w Nysie:
- Popatrz mamusiu - zawo�a�a dziewczynka - na ten zimny, opuszczony kamie�. Czy pod nim te� jaki� dziadziu� spoczywa? Musia� to by� zapewne biedny cz�owiek, bo - ani wianuszka, ani kwiatuszka na jego grobie nie ma. Mamusiu, zna�a� mo�e tego dziadka?
Mamusia spojrza�a na kamie� i zatrzyma�a si�.
- Dziecko - rzek�a mama dobrotliwym g�osem - z pewno�ci� spoczywa tu dziadziunio, ale on nie by� wcale biedny. To by� cz�owiek o wielkim, bogatym sercu. By� poeta.
- Poeta? Czy to taki cz�owiek, jak wujek Paul, kt�ry pi�kne ksi��ki pisuje?
- Naturalnie. By� poet�, ale du�o pi�kniejsze wiersze pisywa� ni� wujek Paul. Przez wszystkich by� kochany. Kiedy doro�niesz, b�dziesz jego wiersze czyta� i pie�ni �piewa�. Pokochasz go, jako i wszyscy go kochaj�.
- Mamusiu! Powiedz mi wi�cej o poecie. Jak si� nazywa�?
- J�zef Freiherr von Eichendorff. Ale ju� od dawna nie �yje. Ja nie mia�am tego szcz�cia pozna� go osobi�cie, ale ta starsza dama w czarnym kapeluszu, kt�ra zawsze tak mile u�miecha si� do ciebie, ona go jeszcze zna�a. Wtedy owa starsza dama by�a jeszcze dziewczynk� i przyjaci�k� krewnej poety. Kiedy obie dziewczynki bawi�y si� w dziecinnym pokoju, wtedy cz�sto odwiedza� je dziadunio, by z nimi porozmawia�. Podejd�my do starszej damy.
- By� wysokim, szczup�ym m�czyzn� - zacz�a starsza dama. - Mia� zachwycaj�c� twarz i cudowne oczy. Pewnego razu mieszka�cy Nysy zgromadzili si� pod jego oknem - kiedy zmog�a go choroba - i pocz�li �piewa� pie�ni do s��w jego cudownych wierszy. Starszy pan ucieszy� si� bardzo, a �zy pociek�y mu po policzkach.
Krewna i przyjaci�ka starszej damy, kt�ra bardzo kocha�a poet�, posz�a p�niej do klasztoru i zapewne ju� jej nie ma po�r�d �ywych.
- Mamusiu, to by�o takie pi�kne, ale i smutne zarazem, bo ten biedny poeta ju� nie ma nikogo, kto by go odwiedzi� i po�o�y� na jego mogile cho� jeden kwiatuszek.
- Tak dziecino, to jest smutne. On, kt�ry opiewa� nasze pi�kne, zielone lasy, laki i pola - jest opuszczony i bez jednego kwiatka na grobie.
- Ju� wiem, co uczyni� - zawo�a�a rado�nie dziewczynka. - Opowiem wszystkim kole�ankom i kolegom o poecie. Zaproponuje spotkanie przy jego grobie - koniecznie z du�� ilo�ci� kwiat�w. Tak uczyni�. Wtedy nie bedzie ju� taki samotny pod tym zimnym kamieniem. A teraz po�o�� na jego grobie sw�j kwiatuszek.

O Nicponiu (Der Taugenichts) te� potrafi� jeszcze opowiedzie� swoimi s�owami. A by�o tak:
Ko�o w m�ynie mojego ojca obraca�o si�, weso�o pluszcz�c w wodzie. �nieg topnia� na dachu, a krople wody z narastaj�c� cz�stotliwo�ci� spada�y na ziemi�. Wr�belki �wierka�y i jakby wt�rowa�y odg�osom m�y�skiego ko�a.
Siedzia�em na progu cha�upy i ociera�em oczy z resztek snu. By�o mi bardzo przyjemnie w promieniach wiosennego s�o�ca. Wtedy ojciec wyszed� z domu. On ju� od wczesnego
ranka pracowa� w m�ynie. Spojrza� na mnie i powiedzia�: - Ty nicponiu. Przeci�gasz si� na s�o�cu jak kot i nie zwa�asz na to, ze wszelkie prace musz� wykonywa� sam. Nie b�d� ci� ju� d�u�ej karmi�. Wiosna puka do drzwi. Id� wreszcie w �wiat i zar�b sobie sam na chleb.
Wtedy rzek�em - skoro jestem nicponiem, to p�jd� w �wiat, �eby poszuka� dla siebie szcz�cia. Od dawna o w�drowaniu rozmy�lam. Cz�sto te� - stoj�c w zimowe dzionki przy oknie - o podr�ach i przygodach po�piewuj�.
Wszed�em zatem do domu, by zabra� moje skrzypce, wisz�ce na �cianie, ojciec da� mi par� groszy i - w drog�. Otworzy� si� przede mn� szeroki, wolny �wiat. Przes�a�em ostatnie pozdrowienia zapracowanym w polu gospodarzom i poczu�em - jakby odt�d wszystkie dni tygodnia by�y niedzielami. Kiedy wreszcie znalaz�em si� na otwartym polu, uj��em skrzypce pod brod� i zacz��em gra� i �piewa�.

Wem Gott will rechte Gunst erweisen,
den schickt er in die weite Welt,
dem will er seine Wunder weisen
in Berg und Wald und Strom und Feld

Pi�kne te s�owa przet�umaczy� m�j przyjaciel z Raciborza - Wiktor Bugla.

Gdy �ask� komu� B�g uczyni
wysy�a go w daleki �wiat
Tam mu objawia cuda ziemi
g�r, las�w, rzek odwieczny lad.

Piosenka nazywa si� Der Frohe Wandersmann (Weso�y w�drownik).


Kiedy tak id�c - gra�em i �piewa�em - to nawet nie spostrzeg�em za plecami jad�cego wolno powozu. Odwr�ciwszy si�, ujrza�em w powozowym oknie dwie damskie g�owy. Jedna, niczym kwiatuszek co dopiero zerwany w ogrodzie. Druga r�wnie pi�kna, ale jakby nieco starsza. Kiedy zaprzesta�em �piewania, starsza dama nakaza�a zatrzymanie powozu. Zagadn�a mnie s�owami: weso�y w�drownik z ciebie, m�odzie�cze. Znasz pi�kne pie�ni.
- �askawa pani - znam jeszcze du�o pi�kniejsze.
- Dok�d to droga prowadzi tak wczesnym rankiem?
Zawstydzi�em si�, bowiem sam nie znalem celu podr�y.
- Do Wiednia - odpowiedzia�em, bo co� nale�a�o powiedzie�.
Wtedy obie damy przem�wi�y do siebie j�zykiem, kt�ry nie by� mi znany. Starsza przemawia�a, a m�odsza potrz�sa�a g�ow�. Obie �mia�y si� serdecznie.
- Wskocz na ty� powozu - zarz�dzi�a starsza dama. My tez do Wiednia pod��amy.
Wnet zaj��em miejsce z tylu, a kiedy powo��cy trzasn�� z bata i konie ruszy�y z kopyta, poczu�em mi�y powiew wiatru i rado�nie zrobi�o mi si� na duszy.
Zostawi�em za sob� wioski, ogrody, wie�e ko�cielne, a przede mn� nowe wioski, zamki i g�ry. Za� pode mn� - k�pki trawy, ��ki kolorowe od kwiecia. Na niebie du�o skowronk�w w niebieskawym, przezroczystym powietrzu. Wstydzi�em si� krzycze� g�o�no, ale w moim wn�trzu gra�o, hucza�o i by�o rado�nie.

Kiedy w po�udnie damy zarz�dzi�y przerw�, wtedy w cieniu korony pot�nego drzewa, zobaczy�em oczami wyobra�ni moj� wie�, ojca, m�yn. Ogarn�o mnie dziwne uczucie, jakby nakazuj�ce powr�t do domu. Wetkn��em moje skrzypce pomi�dzy kamizelk� i marynark�, usiad�em na stopniu powozu i zamy�liwszy si� - zasn��em.
Kiedy si� obudzi�em, pow�z sta� w cieniu roz�o�ystych lip i w pobli�u pot�nych kolumn, pomi�dzy kt�rymi by�y schody, prowadz�ce do zamku. W prze�wicie pomi�dzy drzewami by�o wida� wie�e Wiednia. Damy ju� dawno wysiad�y, konie by�y wyprz�gni�te.
Przestraszy�em si�, bo pozostawiono mnie samego. Uda�em si� na schody, prowadz�ce do holu zamku. Z otwartego u g�ry okna da� si� s�ysze� g�o�ny �miech.
Kiedy znalaz�em si� w holu i pocz��em si� rozgl�da� - poczu�em dotkni�cie lask� w rami�. Odwr�ciwszy si�, ujrza�em dostojnego pana w s�u�bowym stroju, zdobnym w �wiecide�ka i naszywane paski. Wnet zebra�o si� kilka os�b s�u�by obojga p�ci. Z ust m�odej dziewczyny us�ysza�em, i� jestem szarmanckim m�odzie�cem. Starszy pan zapyta� - czy nie zechcia�bym pomaga� ogrodnikowi w jego pracach.
Si�gn��em do kieszeni. Okaza�o si�, �e tych par� groszy, jakie otrzyma�em od ojca - wyskoczy�o mi w czasie podr�y. Opr�cz gry na skrzypcach i �piewania, niczego innego nie umia�em. Odpowiedzia�em tedy - tak, chc� s�u�y� jako ch�opiec ogrodowy.
Mila by�a praca w ogrodzie. Ziele�, krzewy, kwiaty, klomby, ciche bzykanie pszcz�ek - a� si� chcia�o �piewa�.
�piewa�em sobie tedy:

Wohin ich geh und schaue,
in Feld und Wald und Tal,
vom Berg ins Himmelblaue,
Vielsch�ne gnad’ge Fraue,
gr�ss ich dich tausendmal

Dok�d si� udam i spojrz�,
w pole, dolin�, las
z g�ry w otch�a� niebiesk�
�askawe panie - widz� was
i po tysi�ckro� pozdrawiam.

A� tu niespodziewanie zza okiennych �aluzji przygl�da mi si� para b�yszcz�cych oczu. By�em zmieszany i nie doko�czywszy �piewania, podj��em ogrodow� prac�.
Wieczorem - a by�a to sobota - podesz�a do mnie s�u��ca z butelk� wina i s�owami:
- �askawa pani, dla kt�rej pan tak pi�knie �piewa�, przesy�a butelk� wina, by� wypi� za jej zdrowie. Po�o�ywszy flaszk� na parapecie okna altany, znikn�a w g�szczu niczym zwinna jaszczurka.
O�mielony tym gestem, uj��em skrzypce brod� i z wielkim uczuciem �piewa�em pie�� o i dla �askawej pani. Cz�sto grywa�em pod oknami z ukrycia w g�stwinie krzew�w i kwiat�w.
Pewnego razu w oknie zjawi�a si� - r�wnie pi�kna, ale starsza dama. Zdawa�o mi si�, ze ta m�odsza spoziera zza firanek. Uda�em si� w pobli�e ogrodowego stawu. Podszed�em do lodzi, rozko�ysana wprawia�a mnie w b�ogi nastr�j. Ws�uchiwa�em si� w odg�osy spacerowicz�w, dochodz�ce z r�nych stron.
Wnet miejsce w lodzi zaj�y damy, pan w okularach i jeszcze kto�, chwyci� za wios�a. M�j �piew i granie �cieli�o si� nad lustrem wody i jakby poch�oni�te przez przybrze�ne krzewy - milk�o.
Przybiwszy do brzegu - pan w okularach nie omieszka� zauwa�y�, �e w czasie �piewania by�em obiektem obserwacji m�odej damy. Kiedy towarzystwo opu�ci�o ��d� i rozesz�o si� po ogrodzie, u�wiadomi�em sobie, jak bardzo �piewa�em pod dyktando serca, p�on�c z mi�o�ci do m�odej damy. Kiedy zosta�em sam, rzuci�em si� na traw� i gorzko zap�aka�em.

Jakie z tego p�yn� wnioski?
Nakazywano mi wdzi�czno��, kiedy w par� tygodni po wybuchu wojny w 1939 roku - przydzielono mojej rodzinie trzeci� grup�. Musia�em, jako dziesi�ciolatek na komisji w Walczakowej sali obieca� B�rgermeistrowi pilne zdobywanie wiedzy i wierno�� F�hrerowi, co znalaz�o wyraz w tym, �e w ostatnich miesi�cach wojny w 1945 roku, jako pi�tnastolatek, o ma�o nie zosta�em wys�any na front wesp� z volkssturmowcami, po przeszkoleniu w Wehrert�chtigungslagrze (to taki ob�z kondycyjny dla obro�c�w III Rzeszy).
Wszelkie szkolenia maja to do siebie, �e uwzgl�dniaj� w programach nauk� �piewu. Ile pie�ni w tamtych latach pozna�em, mam odnotowane w ksi��ce pod tytu�em.: FYRCOK cz.II na str.128. Wtedy to uwielbienie dla Eichendorffa na G�rnym �l�sku by�o ujednolicone i nikogo nie dziwi�o.
I nagle, ba - gwa�townie - po wojnie, pocz�wszy od jesieni 1945 roku, nale�a�o uczy� si� "inwokacji do ojczyzny", "Ody do m�odo�ci", "Ballad", o "Konradzie Wallenrodzie", "Sonetach Krymskich", "Dziadach" - oczywi�cie Adama Mickiewicza.
Nie by�o w tym krzty winy - ani Eichendorffa, ani Mickiewicza. Ale ofiarami drena�u m�zg�w, og�upiania, by�em ja, Fyrcok i tysi�ce fyrcoko-podobnych G�rno�l�zak�w, dla kt�rych Eichendorff - przestal by�, za� Mickiewicz zaczyna�. I - tu si� �l�ska tragedia rozpocz�a, a trwa do dzi�.

Bo wyrzuci� w ci�gu jednej doby z serca Eichendorffa i zast�pi� go Mickiewiczem - mo�na, ale tylko pod terrorem, przymusem - b�d�c zastraszanym, pot�pianym i to - przez kogo? Wszak wcale nie lepszych, a li tylko - innych, wychowywanych w cywilizacji bizantyjskiej w odr�nieniu od naszej, europejskiej.
Z biegiem czasu pozna�em Mickiewicza na tyle, �e pocz��em go uwielbia�. Stawa� mi si� bliski. Wieszcz nad wieszcze. Szkoda tylko, �e zag�uszy� - wszak nie z jego woli - Eichendorffa - takiego samego romantyka, jako i on. W szko�ach o Eichendorffie nie by�o ani s�owem. O �l�skich szko�ach tu mowa.
Osobi�cie mog�em Eichendorffa dawkowa� - wciskaj�c go mi�dzy wiersze polskiej literatury. Dawkowa� - niczym narkotyk, za co bywa�o si� �ciganym i prze�ladowanym. Mog�em go piel�gnowa� w swoim sercu, ale tylko na prywatny u�ytek, po cichu - jakbym dopuszcza� si� B�g wie jakiego przest�pstwa. Okazywanie nadmiaru uwielbienia dla J�zefa von Eichendorffa by�o odczytywane jako jeden z wielu "-izm�w", zas�uguj�cych na pot�pienie.
Po roku 1989, czyli po zaprzestaniu ba�wochwalenia wiecznie �ywego Lenina i sadzeniu na powr�t Pi�sudskiego na coko�y - mo�na by�o odbudowa� pomnik Eichendorffa w Raciborzu, gdzie po raz pierwszy stan�� przed Landratsamtem w 1909 roku.
Ale jak�e inne czasy, inni ludzie w mie�cie, inny stosunek do poety, kt�ry pojawi� si� na cokole pomnika. Mnie - GODAJONCEGO, ten fakt uradowa�, SZPRECHAJONCYCH - te�. Natomiast M�WI�CYCH nak�oni� do refleksji i zreformowania poj�cia TOLERANCJA, kt�ra jest niczym innym, jak tylko �ASKAWO�CI� MOCNIEJSZEGO. Innego M�WI�CEGO zdenerwowa� do tego stopnia, �e ledwo co postawiony pomnik zosta� oblany olejn� farb�.
I oto mamy trzy razy NOWY: rok 2001, wiek XXI i nowe tysi�clecie. Wolno mi o poecie J�zefie von Eichendorffie g�o�no m�wi� i pisa�. Wci�� jednak musz� si� liczy� z tym, �e M�WI�CY b�d� na mnie spoziera� z ukosa, za� SZPRECHAJONCY b�d� uzurpowa� sobie prawo do pierwsze�stwa w wielbieniu Eichendorffa. Wszak oni mog� wielbi� poet� w oryginale, co o niczym nie za�wiadcza - opr�cz... niech sobie ka�dy sam dopowie - o czym?
Tymczasem duch poety podszeptuje jego podstarza�ym wielbicielom, kt�rzy spotykali si� z jego tw�rczo�ci� po raz pierwszy w czasie wojny w niemieckich szko�ach, �eby - nie zwa�aj�c na skomplikowane uk�ady na naszym G�rnym �l�sku - robi� swoje na wz�r dzia�aczy w Suminie, kt�rzy - za sk�adkowe od emeryt�w i nielicznych �yczliwych sponsor�w - nawet czasopismo Z ZIEMI EICHENDORFFA redaguj�. Chwa�a im za to. Ma�o znajduj� Suminianie na�ladowc�w - ale, "kery by sie takigo czego� podyjmnon, skoro rodzimej, �lonskij inteligyncyje nadal nom brakuje - uza� ci, co poko�czyli wyrsze szko�y - w przewadze poszli do cyntrum. Bezt� nasza DOMOWIZNA jeszcze d�ugo bydzie dlo jednych HEIMatym, dlo drugich Ma�� Ojczyzna".
Tako to widza. Rod bych si� dowiedzio�, wiela� te� G�rno�lonzok�w przizno mi recht, a wiela potympi. Chodzi o G�rno�lonzok�w, bo takich, co na zicher potympiajom daleko szuka� nie trza.
Nawet w rodzinach si� znejdom - eli to rodziny pomiyszane - m�wi�co-godajonce albo zale�nie - czy on, czy ona - godajonco-m�wi�ce.
�eby nie by� go�os�ownym, nadmiynia jyny, �e nawet moja �lubno nie we wszyjstkich razach godo - ja, mosz chopie recht (abo po swojimu - masz racj�). Jo �lonzok a ona Wilnianka, ale za trzi lata bydymy obchodzi� - eli Ponboczek do zezwolyni - z�ote gody, znaczy 50-cioleci po�ycio ma��y�skigo i to w zgodzie i jako si� nole�y. Syna my wychowali, a wnuczek z �aski Boga i za Jego przizwolyniym za piyn� lot bydzie wy�wiyncany na kap�ana.
Czamu o tym pisza i prawie si� przechwolom? Jyny skuli tego o tym pisza, �eby ci, co chcom mie� Eichendorffa jako to je w piyrszym przikozaniu - wiedzieli, ze przikoza� opr�cz piyrszego, momy jeszcze dziewiyn�.
To tela, pod czym podpisuje si� �lonzok, wyciepany przez los do Warszawy - 

Rudolf Paciok




« zur�ck zur Rubrik Kultur

[ AKTUELL ]  [ POLITIK ]  [ HISTORIA ]  [ Z ARCHIWUM ]  [ KULTUR ]  [ PUBLIKACJE ]  [ MINIATURY ]  [ VITA ]
[ REAKCJE ]  [ DEBATA ]  [ Z FORUM ]  [ INFORMACJE ]  [ INDEX ]  [ FORMAT-A4 ]  [ ARCHIV-2002 ]  [ SUCHEN ]