Click here to send us your inquires or call (852) 36130518

[ECHO �LONSKA]  [FORUM]  [SERVIS]  [�LONSK]  [RUCH AUTONOMII �L�SKA]

« IMPRESSUM

KONTAKT

post@EchoSlonska.com

6_05/2002

ECHO �LONSKA

« nazot do rubriki Publikacje


SAGRADA FAMILIA,
czyli kr�tka rzecz o ojczy�nie

OKOLICA

cz. II

SMUTEK

* * *

ta ma�olata o delikatnych rysach twarzy
siedz�ca na stawowej w katowicach
ma bia�� kliniczn� cer�
w�osy niebieskie i usta �uj�ce bezwiednie i sine
i buty zrobione chyba dla brata
t-short zwisaj�cy na drobnych piersiach
ods�ania brzuch
oraz za�wiadcza �e jest studentk�
cambridge university
kt�rej porwano spodnie
kiedy patrzymy na siebie
nie widzimy si�
i nie to �e nie chcemy
ile nie mo�emy
tak generalnie �adna jest ta ma�a
tak generalnie jak ksi�yc

M�j �l�sk, m�j G�rny �l�sk, m�j Czarny �l�sk. Na trasie Mys�owice – Gliwice, ci�gle obijamy si� o zmursza�e, przykryte bilboardami, wyblak�e, dwa komunistyczne has�a: „Wita ci� miasto w�gla i stali” i „�egna ci� miasto w�gla i stali”. I tak ci�gle w k�ko. Pomijaj�c pierwotn� ide� pojawiaj�cych si�, czasem na tej samej kamienicy hase�, kt�re niczym mantra towarzyszy�a turystom przemykaj�cym si� przez ten skrawek planety, widzimy, �e tak w zasadzie, nie poruszamy si� przez r�ne miasta, ale ci�gle jeste�my w jednym polis. Nazwy miast, dzielnic, kolonii, czy osiedli s� z jednej strony tak oryginalne ze swoj� histori� i tradycjami, tak r�norodne, a z drugiej tak podobne przez wyra�ne pi�tno industrializacji odci�ni�te na twarzach dom�w i ludzi, �e dla zewn�trznego obserwatora, nawet z pod Opola, czy Paczkowa aglomeracja g�rno�l�ska jest jak pot�ne megapolis. Niestety, i nie bez racji, megapolis istniej�ce czasem w �wiadomo�ci ludzi spoza, niczym czarna dziura. Zapadaj�ca si� w sobie niegdy� ja�niej�ca gwiazda. Z pa�acami, przebogatymi kamienicami prze�omu XIX i XX wieku, przecudnej pi�kno�ci miejskimi willami. A tak�e ogrodami i parkami oraz zdobyczami komunalnymi, za�wiadczaj�cymi o nieprzeci�tnym bogactwie tej�e krainy. I gdyby nie barbarzy�stwo ostatniego p�wiecza, �wiat ba�ni m�g�by dalej zachwyca� swoimi czarami. Najgorzej dosta�o si� najstarszemu ksi���cemu miastu Bytomiowi. Gdzie tylko si��� na placu dawnego rynku i zap�aka�. I lepiej nie zapuszcza� si� w boczne uliczki, bo do�� obrazoburcze my�li mog� si� pojawi� na temat pa�stwa, w kt�rego granicach obecnie le�y ten zas�u�ony gr�d. Ale dosta�o si� wszystkim. Czasem nie w tak kompleksowy spos�b jak miastu Bytom, ale r�wnie widowiskowy. Wybija si� tutaj Chorz�w, kt�remu pokiereszowano rynek lub Katowice, kt�rym rynek ukradziono (ciekawe gdzie jest teraz?). Symbolicznie, z premedytacj� rozebrano, stoj�c� w niez�ej kondycji, by�� will� Friedricha Wilhelma Grundmanna - wsp�tw�rcy Katowic. Plac po tym budynku do tej pory stoi pusty. I moim zdaniem powinien by� ogrodzony jak obozy zag�ady – ku przestrodze potomnym – a w �rodku obecne w�adze miasta powinny ufundowa� pami�tkow� tablic�, gdzie z imienia i nazwiska wymieniono by decydenta tej barbarzy�skiej decyzji. Powinno to by� symboliczne miejsce martyrologii miast Czarnego �l�ska. I kto� mo�e pomy�le�, i� figura literacka jest zbyt mocna, ale niestety pozostanie w b��dzie. Bo m�czenie i zabijanie ludzi w obozach koncentracyjnych jest bezsprzecznie aktem bestialskim i chorym. Ale m�czenie i zabijanie spu�cizny cywilizacyjnej oraz wymazywanie jej z pami�ci wsp�czesnych jest jak katrupienie tysi�cy ju� nie �yj�cych. Jest zwyk�ym ordynarnym burzeniem katedry budowanej przez setki g��w i przez tysi�ce r�k.

Moim prywatnym symbolicznym miejscem aktu wandalizmu cywilizacyjnego jest wej�cie do sieni kamienicy wybudowanej w 1909 roku w Wirku, a dok�adniej w Antonienh�tte, kt�ra to miejscowo�� jest wsp�cze�nie dzielnic� Rudy �l�skiej. Obecnie kamienica le�y przy ulicy J. D�browskiego 17. Oryginalne drzwi, pokryte kt�r�� tam warstw� farby, odpadaj�cej, pop�kanej i brudnej, idealnie maskuj�cej pierwotne kszta�ty i doskona�� maestri� wykonania. Zazwyczaj stoj� otwarte, ale poprzez sw� form� wcale nie zapraszaj�ce do �rodka. Wygl�daj� jak obrzygane wiekowe drzwi do nieczynnego od lat podrz�dnego burdelu. W sieni jest kr�tki hol oddzielony od klatki schodowej secesyjnymi w kszta�cie wahad�owymi drzwiami, w kt�rych – po przyjrzeniu – wida� kryszta�owe szybki. Lamperia wy�o�ona jest kobaltowymi ceramicznymi p�ytkami o nieprzeci�tnej glazurze, kt�ra miejscami jeszcze mocno prze�wituje spod grubej warstwy brudu.Idealnie r�wno u�o�one kafelki ozdobione s� wzorem koloru be�owego w kszta�cie wie�cy, biegn�cym wzd�u� �ciany i zako�czone s� ceramicznym cokolikiem w tym samym kolorze co niezdobione kafelki. Wy�ej na �cianie w p�ytkim obramowanymzag��bieniu wida� fresk, kt�ry nie opar� si� dzia�aniu czasu i niestety nie mo�na si� zorientowa�, co przedstawia�. Wahad�owe drzwi zako�czone s� �ukowym witra�em, osadzonym w secesyjnej ramie, na kt�rym to jeszcze dzisiaj ja�nieje z�otawy napis „Salve”. Oczywi�cie wsz�dzie dooko�a brud i specyficzny zapach zapchanej kanalizacji deszczowej. Ale estetyka mieszcza�skiej kamieniczki z pocz�tku XX wieku jeszcze dzisiaj robi wra�enie. Opisane pokr�tce wej�cie do wireckiej kamieniczki nie jest niczym szczeg�lnym na G�rnym �l�sku, gdzie na dobr� spraw� s� ich tysi�ce. Ale jest ono bardzo mi bliskie, poniewa� dziennie id�c i wracaj�c z pracy, przechodz� ko�o nich. I za ka�dym razem robi mi si� smutno. A smutek przede wszystkim nie wyp�ywa z opisanej degradacji, lecz z faktu, i� przewa�aj�ca wi�kszo�� zamieszkuj�ca okoliczne blokowiska, nigdy nie zauwa�y straty, poniewa� zmys� estetyki zosta� w nich chirurgicznie wyci�ty dzi�ki realizacji chorej polityki, popartej dzia�aniami wsp�czesnej kultury. I to – jak zauwa�y� W.�ysiak - po stu latach dzia�ania obowi�zkowej szko�y.

GILDIA

Przestrze�, w kt�rej si� poruszamy, tworzona jest przede wszystkim przez ludzi (nie wiem, czy g�rale w tej materii zgodzili by si� ze mn�). Na pierwszym planie zawsze pozostaje rodzina. Ta najbli�sza i ta dalsza. P�niej koledzy i kole�anki z podw�rka, szko�y i pracy. Oraz te postacie, z kt�rymi spotkali�my si� nie zawsze bezpo�rednio, a tylko przez wytwory ich pracy. S� to znaki odci�ni�te w rzeczywisto�ci, na tyle silne, �e kszta�tuj� nasz� wra�liwo��, nasz spos�b widzenia �wiata. W przewijaj�cym si� nieustannie filmie rzeczywisto�ci czasem wy�apujemy tylko poszczeg�lne kadry, a czasem, cho� rzadko, ca�e sekwencje. Zatrzymujemy si� i pr�bujemy sobie na przyk�ad odpowiedzie� kim by� Ludwig Schneider tw�rca ko�cio�a pw. �w. Wawrzy�ca w Wirku, czy Franciszek Klomp architekt ko�cio�a pw. �w. Paw�a w Nowym Bytomiu. Kto zap�aci� za ich prac� i prac� tych wszystkich, bez kt�rych wizja architekt�w zosta�aby jedynie ciekawostkami zapisanymi na papierze? Co ceg�a to cz�owiek. Wsp�czesna gildia budowniczych katedr jest rozleg�a. S� tu szewcy, komputerowcy, stolarze, przemys�owcy a nawet poeci... W miejscu, w kt�rym stawiam moj�, jest tylu budowniczych znanych bardziej lub mniej oraz zupe�nie dla mnie anonimowych, �e gdyby zag��bi� si� w ten labirynt czasu i przestrzeni, nie starczy�oby miejsca na nic innego. Dlatego przypomn� tylko kilka os�b, a by�o ich przecie� ca�e mn�stwo, kt�re buduj�c w�asn� katedr� zmusili mnie do zastosowania innych pomys��w, innych rozwi�za�, przy budowie mojej w�asnej �wi�tyni.

KR�L * * * w moim �w. mie�cie er na ulicy karola goduli stoi pomnik czy bardziej fontanna biegn�cego po wodzie karola goduli mo�ejest on bardzo wirtualny i mo�e tylko w mojej g�owie jak w jego g�owie chcia�bym by� bogaty z lasu powsta�o miasto celuloza cynk i w�giel ceg�a po cegle i cho� troch� topornie mu to wszystko wysz�o jednak stoi gr�d m�j rodzinny mo�e z jego g�ow� by�o nie tak aby rzuca� si� g�ow� w d� ci�gn�c za sob� t�um chcia�bym by� bogaty pi��dziesi�t kopal� poprosz� dziesi�� hut las z zamkiem i nowe buty dla c�rki Joasi jak szale� to szale� a co i cicho mi tu wszystko zaczyna si� w g�owie i ko�czy

zale�y jak mocna g�owa Kr�l cynku. Kr�l w�gla. Geniusz. Pionier cywilizacji. D�ingis Chan pieni�dza. Diabe� z Rudy. Itp. To tylko niekt�re okre�lenia opisuj�ce „kr�la” z Rudy. Karol Godula (pisany po niemiecku Godulla), kt�rego oczywi�cie prywatnie nigdy nie spotka�em, a kt�remu ze wzgl�d na dokonania musia�em po�wi�ci� troch� wi�cej miejsca, urodzi� si� 8 listopada 1781 r w Makoszowach (obecna po�udniowa dzielnica Zabrza). Zosta� ochrzczony w drewnianym ko�ci�ku w Przyszowicach, kt�ry to ko�ci�ek zosta� p�niej przeniesiony do Borowej Wsi, gdzie stoi do dnia dzisiejszego.

Rodzice Karola Goduli - J�zef Godula i Franciszka z domu Hanisz - posiadali w Ku�ni Raciborskiej gospodarstwo rolne, kt�re z przyczyn zamieszkania wydzier�awili. J�zef Godula pe�ni� funkcje oficjalisty le�nego, dochodz�c do godno�ci nadle�niczego w lasach przyszowickich i makoszowskich.Oko�o roku 1784 wzi�� w dzier�aw� dwa maj�tki rycerskie w Makoszowach i Ligocie Zabrskiej, podwy�szaj�c w ten spos�b sw�j status spo�eczny. Wed�ug �wczesnych kryteri�w Godulowie byli zaliczani do stanu �redniego mieszcza�stwa, zatem utrzymywali kontakty z osobami swojej klasy; nauczycielami, proboszczami, urz�dnikami, a tak�e z rodzinami cz�onk�w szlachty ziemia�skiej. Opr�cz Karola J�zef i Franciszka mieli jeszcze jednego m�odszego syna Ernesta i trzy starsze c�rki - Marinn�, Joann� i Franciszk�. Pod wzgl�dem parafialnym �wczesne Makoszowy nale�a�y do Przyszowic, gdzie r�wnie� mie�ci�a si� szko�a, do kt�rej do 1792 r ucz�szcza� Karol Godula.W roku nast�pnym m�ody Karol Godula przeni�s� si� do szko�y realnej przy klasztorze cysters�w w Rudach Raciborskich. Szko�� �redni� uko�czy� w 1798 r. Swoje wykszta�cenie uzupe�nia� r�wnie� w szkole �redniej w Opawie, gdzie prawdopodobnie uko�czy� klas� pi�t�. Od roku 1801 Karol Godula podj�� prac� zawodow� u hrabiego Karola Franciszka von Ballestrema, dziedzica majoratu (niepodzielnego maj�tku), w sk�ad kt�rego wchodzi�y maj�tki P�awniowice, Ruda i Biskupice. Pocz�tkowo Godula pe�ni� funkcj� pisarza s�du patrymonialnego w P�awniowicach. Nast�pnie zosta� kasjerem maj�tku w Rudzie �l�skiej. Dzi�ki zaletom swego charakteru i ci�kiej pracy w roku 1809 zosta� rz�dc� ca�ego majoratu, zast�puj�c na tym stanowisku zarz�dc� Karwata. W roku 1815 hrabia Karol Franciszek Ballestrem von Plavniowitz major Kr�lewskiej Armii Pruskiej wystawi� akt darowizny, w kt�rym da� swemu zarz�dcy 28 z ��cznej sumy 128 udzia��w huty cynku „Karol” w Rudzie �l�skiej. Pomys�odawc� i g��wn� si�� sprawcz� projektu by� w�a�nie Karol Godula. Cynkownia powsta�a wed�ug projektu kr�lewskiego budowniczego J.F.Weddinga. Po rozbudowie zak�adu w 1821 r Godula otrzyma� od hrabiego kolejne 28 udzia��w. Po kolejnej przebudowie w roku 1825 cynkownia sta�a si� najwi�kszym i najnowocze�niejszym zak�adem tego typu w Europie. �wcze�nie cynkowni� okrzykni�to �smym cudem �wiata, a jego tw�rc� uwa�ano za cz�owieka niesamowitego. Udzia�y w cynkowni „Karol” sta�y si� zacz�tkiem fortuny Karola Goduli. Poszukuj�c niezale�nego �r�d�a galmanu dla cynkowni „Karol” Godula do sp�ki, z wcze�niej wspomnianym w�a�cicielem folwarku Miechowice Franciszkiem Aresinem,uruchomi� kopalni� galmanu – na cze�� �ony Aresina nazwana „Mari�”. Nast�pnie wchodzi� w sp�ki z w�a�cicielami innych kopal� galmanu i kopal� w�gla kamiennego, a nawet budowa� w�asne kopalnie w�gla - ulokowane g��wnie w Rudzie �l�skiej. W roku 1826 zakupi� zbankrutowane maj�tki Szombierki (dzisiejsza dzielnica Bytomia) i Orzeg�w (dzisiejszy teren dzielnic Rudy �l�skiej - Orzegowa, Goduli i Chebzia) i przej�� w dzier�aw� Rud� i Biskupice (dzisiejsza dzielnica Zabrza). W tym czasie rozwi�za� sw�j stosunek s�u�bowy z Ballestremem, pozostaj�c jednak nadal doradc� gospodarczym swojego dotychczasowego pracodawcy. Kupno maj�tk�w podnios�o presti� Goduli, ale i r�wnie� da�o prawa dominalne do po�owy w�asno�ci nada� g�rniczych z tytu�u w�asno�ci grunt�w. Godula d���c do stworzenia kompleksu przemys�owego, chcia� posiada� wszystkie kopalnie w okolicy wraz z gruntami. Dlatego te� wroku 1840 naby� dobra Bobrek (dzisiejsza dzielnica Bytomia), a w roku 1848 kupi� wie� Bujak�w (obenie cz�� miasta Miko�owa), przejmuj�c lub wykupuj�c huty i kopalnie le��ce na ich terenach. Karol Godula zmar� na chorob� nerek 6 lipca 1848 roku we Wroc�awiu, gdzie zosta� pochowany na cmentarzu �w. Wojciecha. Po wybudowaniu ko�cio�a w Szombierkach przez spadkobierczyni� Goduli, prochy jego zosta�y przewiezione dnia 2 wrze�nia 1909 r i z�o�one w podziemiach �wi�tyni. Podupadaj�cy folwark w Rudzie i Biskupicach Karol Godula doprowadzi� do rozkwitu stosuj�c mechanizacj� oraz nowe rozwi�zania agrarne u�ywane w Anglii. By� pierwszym na G�rnym �l�sku przemys�owcem, kt�ry urzeczywistni� ide� wsp�dzia�ania r�nych ga��zi przemys�u - powi�za� z sob� rolnictwo, le�nictwo, eksploatacj� glinki, transport, g�rnictwo i hutnictwo oraz handel. Popiera� angielsk� form� p�acenia tzw. trucksystem, kt�ry polega� na tym, �e pracownicy poszczeg�lnych dziedzin nie dostawali pieni�dzy, ale w sklepach nale��cych do Goduli zaopatrywali si� w artyku�y przemys�owe b�d� �ywno�ciowe (rozwi�zanie takie by� mo�e budzi dzisiaj zdziwienie, b�d� niesmak, jednak system taki by� �wcze�nie do�� rozpowszechniony, a t�umaczono to tym, i� robotnicy zamiast inwestowa� w rodzin�, trwonili je w knajpach, jednak g��wnym motorem tego typu rozwi�za�, by� oczywi�cie zysk).Z drugiej strony Godula nale�a� do pierwszych indywidualnych przedsi�biorc�w, kt�rzy zbudowali domy mieszkalne dla robotnik�w swoich zak�ad�w. Ponadto wprowadzi� bezp�atn� opiek� lekarsk� dla swoich pracownik�w. By� jedynym przemys�owcem na G�rnym �l�sku, kt�ry w okresie Wiosny Lud�w, czyli ekonomicznego krachu, pomimo du�ych strat finansowych, nie zamyka� swoich zak�ad�w przemys�owych, a zatem nie zwalnia� robotnik�w. Za ewenement nale�y uzna� fakt, i� w testamencie zapisa� legat do podzia�u wszystkim swoim pracownikom w wysoko�ci 50 000 talar�w. Karol Godula ca�e swoje �ycie po�wi�ci� pracy. Do minimum ogranicza� administracj�, pracuj�c niejednokrotnie w dzie� i w nocy. Sam przeprowadza� eksperymenty chemiczne, pracuj�c nad nowymi rozwi�zaniami technicznymi. Dzi�ki w�asnym studiom i opracowaniom ekspert�w zagospodarowa� nieck� w�glow� w okolicach Rudy, Bytomia i Zabrza. Zakup Bujakowa traktowa� jako lokat� i zabezpieczenie na przysz�o�� uwa�aj�c s�usznie, �e s� tam ukryte bardzo bogate pok�ady w�gla. Nie obce by�y mu nowinki techniczne, kt�re wprowadza� nie tylko w hutnictwie, g�rnictwie, ale i w rolnictwie. Popiera� budow� kolei �elaznej, kt�rej trasa przecina�a Rud� �l�sk� (wizji tej zabrak�o radcom Bytomia i z pewno�ci� by� to pierwszy krok upadku tego� miasta z tak bogatymi tradycjami historycznymi na rzecz nikomu nieznanej wtedy wsi Katowice). Godula rozumia� nowe wezwania komunikacyjne, mi�dzy innymi by� te�jedn� z nielicznych os�b popieraj�cych budow� poczty w Rudzie �l�skiej, na potrzeby kt�rej, po jej utworzeniu, p�aci� pewne subwencje. By� mistrzem w zarz�dzaniu i operowaniu kapita�em. Wolne kapita�y lokowa�cz�sto w listach zastawnych oraz w hipotekach, co pomaga�o mu bardzo przy wykupie upadaj�cych maj�tk�w ziemskich i zak�ad�w przemys�owych. Jako osoba nastawiona na zysk nie waha� si� r�wnie� udziela� po�yczek na procent, stosuj�c sze�� punkt�w procentowych w skali roku od po�yczonego kapita�u. Wszelkiego rodzaju operacje finansowe, kt�re stosowa� z do�� du�ym powodzeniem, nie by�y jednak celem, ale narz�dziem, dzi�ki kt�remu powi�ksza� swoje imperium przemys�owe. Uwa�a� si� za producenta a nie kupca. By� zwolennikiem utrzymywania przej�tych zak�ad�w. Nale�a�o wszystko robi� aby je rozbudowa� i unowocze�ni� - w �adnym wypadku dzieli� i sprzedawa� dro�ej po kawa�ku. Jak wida� jego filozofia dzia�ania r�ni si� od dzisiejszych rekin�w finansowych, kt�rym nie obce s� praktyki podzia�u i sprzeda�y fragment�w zak�ad�w z zyskiem. Zdaniem Goduli wszelkiego typu dzia�ania powinny posiada� charakter rynkowy, a pa�stwo powinno skoncentrowa� si� na innych problemach ani�eli ustalanie cen umownych. By� g��wnym inicjatorem petycji do w�adz, kt�rej celem by�o zmniejszenie przez pa�stwo podatk�w, uwa�aj�c �e zbytni fiskalizm pa�stwa doprowadza do dekoniunktury. Co ciekawe, petycja ta odnios�a skutek. Jako pe�nomocnik Ballestrema w zarz�dzaniu maj�tkiem rodziny, Karol Godula doprowadzi� do tego, �e Ballestremowie w tym czasie stali si� najbogatsz� rodzin� na G�rnym �l�sku. Po �mierci hrabiego Godula zosta� g��wnym wykonawc� jego testamentu i zosta� opiekunem jego dzieci, co przeczy pom�wieniom, jakoby hrabia straci� zaufanie do Goduli, widz�c jego prywatne sukcesy finansowe. Ponadto sam zbudowa� imperium przemys�owe, kt�rego inwentaryzacja zaj�a 298 prawnikom p� miesi�ca czasu. Wielko�� tego maj�tku szacowana by�a r�nie. Najbardziej prawdopodobn� wielko�ci� jest suma 2 mln talar�w, czyli 7 260 000 z� w z�ocie (aczkolwiek w niekt�rych opracowaniach mo�na spotka� si� i z sum� 8 mln talar�w). Prawie ca�y sw�j maj�tek Karol Godula zapisa� sze�cioletniej w�wczas p�sierocie Joannie Gryzik (w literaturze przedmiotu nazwisko tomo�na spotka� pod r�nymi formami: Gryczik, Gryszczyk, Grycik lub nawet Grzyzik). Joasia znalaz�a si� w domu Karola Goduli z niewiadomych przyczyn. Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, �e jej matka Antonina, po �mierci swego m�a Jana, komornika pracuj�cego w zak�adach cynkowych Goduli, poprosi�a gospodyni� Goduli pani� Emili� Lukas o opiek� nad c�rk�. Rozpowszechniony jest r�wnie� pogl�d, �e Joasia by�a pozama��e�skim dzieckiemAntoniny z Karolem Godul�. Jednak przeciw tej koncepcji podaje si� argument, �e widoczne kalectwo kr�la cynku (utykanie na jedn� nog�, du�a blizna zniekszta�caj�ca lewy policzek) spowodowane napa�ci� na jego osob�, wi�za�o si� r�wnie� z jego niep�odno�ci�. Jakakolwiek by�a przyczyna, faktem jest, i� Godula do tego stopnia polubi� dziewczynk�, �e zatrudni� specjalnie dla niej domowego nauczyciela M. Kulanka.W kwietniu 1848 roku ci�ko chory uda� si� na leczenie do Wroc�awia zabieraj�c ze sob� Joasi�. Dzie� przed swoj� �mierci� sporz�dzi� testament przed komisj� s�dow�. Jego wykonawc� zosta� przyjaciel, doradca i prawnik - Maksymilian Scheffler. W testamencie widnia� zapis, �e gdyby Joanna Gryzik zmar�a bezpotomnie, to ca�y maj�tek mia�y odziedziczy� dzieci si�str Goduli. Po og�oszeniu tre�ci tego� kontrowesyjnego dokumentu, testament sta� si� prawdziw� sensacj�. Pieni�dzy nie odziedziczy�a rodzina Goduli, ani rodzina Ballestrem�w. Fortun� dosta�a nikomu nie znana dziewczynka, kt�r� zaraz okrzykni�to „�l�skim Kopciuszkiem”. Rodzina Goduli pr�bowa�a obali� jego testament, a gdy to si� nie uda�o, jawnie s�a�a gro�by pod adresem dziewczyny, organizuj�c nawet zamachy na jej �ycie. Obawiaj�c si� o jej bezpiecze�stwo opiekunowie umie�cili j�w klasztorze Urszulanek we Wroc�awiu. Po opuszczeniu klasztoru Joanna zamieszka�a w domu Maksymiliana Schefflera, kt�ryrozpocz�� starania o uzyskanie dla niej tytu�u szlacheckiego, co zako�czy�o si� sukcesem. Z r�k kr�la pruskiego Fryderyka Wilhelma IV otrzyma�a tytu� szlachecki i nazwisko Gryczik von Schomberg-Godulla. W roku 1858 w wieku 16 lat hrabina Joanna po�lubi�a Reischgrafa Hansa Ulryka von Schaffgotscha, kt�ry nigdy nie zosta� w�a�cicielem maj�tku �ony. W ci�gu swego �ycia pomno�y�a ona odziedziczony maj�tek razy siedem, anga�uj�c si� w szereg przedsi�wzi�� ekonomicznych i spo�ecznych, staj�c si� godn� nast�pczyni� Karola Goduli. Karol Godula �y� 67 lat, z tego pracy po�wi�ci� 47 lat. Potrzebowa� p� wieku aby zbudowa� najwi�ksze imperiumprzemys�owo - finansowe (maj�tek w�asny i rodziny Ballestrem) w �wczesnych Niemczech. Doskona�y organizator, innowator, przedsi�biorca, a przede wszystkim wizjoner. Nie boj�cy si� nowych rozwi�za�, nowych wezwa�. Cz�owiek, kt�ry po�o�y� podwaliny pod ca�y g�rno�l�ski przemys�. Pionier przeobra�e� industrialnych w Europie. By� wzorem do na�ladowania, a jednocze�nie porusza� wyobra�ni� artyst�w. Cz�owiek, kt�ry przeszed� do legendy. Okazjonalnie pojawia� si� w wierszach, opowiadaniach, obrazach, czy nawet witra�u. By� bohaterem kilku powie�ci. Bibliografia o jego osobie przekracza liczb� 200 opracowa�. Z wszystkich g�rno�l�skich potentat�w przemys�owych przyczyni� si� najbardziej do budowy wspania�ej pot�gi technicznej i cywilizacyjnej G�rnego �l�ska, z kt�rej to pot�gi korzysta�y wiele lat po jego �mierci dwa kraje - Niemcy i Polska. By� jednym z filar�w rozwoju gospodarczego Europy, jej dzisiejszego dobrobytu.Bez takich os�b historia XIX i XX wieku potoczy�aby si� w ca�kiem innym kierunku.

Niestety o dziwo, jest Karol Godula postaci� prawie nie znan� w �wiadomo�ci nie tylko Niemc�w i Polak�w, ale ir�wnie� G�rno�l�zak�w. Jest to smutne, poniewa� znane s� doskonale nazwiskawojskowych i polityk�w, kt�re bez takich ludzi jak Godula w og�le nie wesz�yby na karty historii.

A� dziw, �e tak doskona�y temat jak losy Karola Goduli i jego spadkobierczyni Johanny von Schomberg – Godulla, p�niejszej Johanny Schaffgotsch nie zosta� wykorzystany przez filmowc�w. I szkoda, poniewa� dobrze zrobiony film m�g�by by� bez por�wnania lepszy ni� os�awiona (i s�usznie) „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy, czy „Magnat” FilipaBajona.

CHI�CZYK * * * na mym policzku roztaja� p�atek �niegu - oczekuj� kary Z Janem Bonifacym Wyplerem spotka�em si�, kiedy swego czasu otar�em si� o Pa�stwo �rodka. By�o to spotkanie zaiste metafizyczne, poniewa� profesor nie �y� ju� od dwudziestu lat. I oczywi�cie spotka�em go w miejscu najbardziej ku temu szcz�liwym – czytelni Biblioteki �l�skiej w Katowicach. Miejsce jak�e mi�e Wyplerowi, kt�rego pracownia tak bliska by�a wystrojowi bibliotecznej czytelni – ksi��ki zastawia�y wszystkie �ciany pokoju, zostawiaj�c jedyn� woln� przestrze� dla popiersia lub portretu jakiego� wielkiego tw�rcy. Z p��tna Arnolda B�cklina samotny mnich wygrywa� na skrzypcach nies�yszaln� pie��. A wszystko ukryte w mroku wytworzonym przez punktowe o�wietlenie stylowej lampy zawieszonej nad pot�nym sto�em, na blacie, kt�rego pi�trzy�y si� nieporadnie pouk�adane piramidy ksi��ek, czasopism i manuskrypt�w. Tak w�a�nie widz� profesora, �l�cz�cego nad jakim� r�kopisem w swej pracowni przypominaj�cej klasyczne wyobra�enia o XIX wiecznym uczonym zg��biaj�cym w pojedynk� tajniki �wiata. I jak si� okaza�o nie by�y to tylko wyobra�enia. „Wysokie g�ry boj� si� powolnych ludzi” – brzmi sentencja chi�ska. Jan B. Wypler by� w�a�nie takim cz�owiekiem, kt�ry w pewnym momencie stan�� samotny na polanie, a dooko�a niego milcz�ce g�ry. G�ry oczywi�cie nie zadr�a�y, ale profesor niestropiony ruszy� powoli przed siebie. Student uniwersytet�w we Wroc�awiu i Kilonii, gdzie studiowa� filozofi�, germanistyk�, romanistyk� i slawistyk�, wr�ci� na G�rny �l�sk, podejmuj�c si� roli t�umacza literatury z j. niemieckiego na j. polski i odwrotnie. Anga�uj�c si� w akcj� propagandow� podczas plebiscytu. A p�niej redaguj�c niemiecko – polskie czasopismo o wiele m�wi�cym tytule „Die Br�cke – Most”. Autor pracy genealogicznej pisanej w j. niemieckim przyczyniaj�cej si� w spos�b wybitny do poznania historii G�rnego �l�ska -„Beitr�ge zur Geschichte des altoberschlesischen Rittergeschlechts der Wypler in der ehemaligen Herrschaft Pless” (Przyczynek do historii starog�rno�l�skiego rodu rycerskiego Wypler�w w by�ym pa�stwie pszczy�skim). Praca ta zosta�a przyj�ta z uznaniem przez naukowc�w z Niemiec, Austrii i Czech, i by�a ona przyk�adem niezr�wnanej wytrwa�o�ci i mr�wczej pracowito�ci autora Jako samotnik podj�� r�wnie� prac� w katowickim og�lniaku – coraz bardziej odsuwany od �rodowiska literackiego G�rnego �l�ska. I w ko�cu sinologia – prawdziwe wyzwanie i prawdziwa mi�o��. Wspomagaj�c si� nowatorskim i do�� oryginalnyms�ownikiem j�zyka chi�skiego, innego G�rno�l�zakaDomana Wielucha, zag��bi� si� w literacki �wiat Pa�stwa �rodka. T�umacz�c niezliczon� ilo�� tekst�w z j.chi�skiego na j.polski sta� si� wybitnym autorytetem w tej dziedzinie. Jan B. Wypler po��czy� w sobie trzy kultury. W spos�b naturalny, b�d�c pochodn� czasu i przestrzeni, w kt�rej przysz�o mu �y�, sta� si� niczym most na styku kultury niemieckiej i Polskiej. I z wyboru samotnika – piewc� kultury staro�ytnych i nowo�ytnych Chin. Dzi� jednak zapomniany. Ale – na szcz�cie - ju� coraz mniej. Mo�e droga, kt�r� wybra�, a mo�e spos�b w�dr�wki, doprowadzi� Wyplera do szczytu, na kt�rym zosta� sam. Mo�e to �l�ski up�r i solidno��, a mo�e ucieczka wewn�trzna, czy te� cechy charakteru spowodowa�y odej�cie ze �rodowiska tw�rczego G�rnego �l�ska, w kt�rym nie znalaz� �adnego zrozumienia i poparcia. W ko�cu pozycja samotnika doprowadzi�a go do wigilii �wi�t Bo�ego Narodzenia roku Pa�skiego 1965. Wtedy to wyszed� z baru mlecznego na katowick� ulic�, przewr�ci� si� i zmar�. Dzie� by� zimny i deszowo-�niegowy. Ludzie, jak to w tym dniu - zagonieni, poch�oni�ci w�asnymi sprawami, w og�le nie zwracali uwagi na starucha le��cego na chodniku. Jednak s�siedzi, w kilka dni p�niej, doskonale wiedzieli, �e mieszkanie nawiedzonego samotnika stoi puste, otwarte na �er s�p�w. �atwym �upem okaza�y si� przede wszystkim ksi��ki – niemieckie, polskie, francuskie, chi�skie, hinduskie, japo�skie... , kt�re by�y unikatowe w skali europejskiej, a kt�re jako makulatura w wi�kszo�ci wyl�dowa�y na �mietniku. Oto prawdziwa samotno��. Czasem katedra budowana z mozo�em przez ca�e �ycie, mo�e zosta� zupe�nie zniszczona przez wsp�czesnych. Ale jak to bywa z prawdziwymi katedrami one z biegiem czasu metafizycznie coraz bardziej s� i s�. Jan Bonifacy Wypler zosta� pochowany na cmentarzu w swych rodzinnych Koch�owicach. Z Miasta Er nigdy si� przecie� nie wychodzi.

MNICH

* * *

w moim �w. mie�cie er
z kolonii szmatlocha
cesarz wyjecha� na zach�d
zostawiaj�c na bocznicy
opuszczony magazyn
z rzeczami zachowanymi
ocala�a z potopu
arka na g�rze ararat
musia�a wygl�da� tak samo
poobijana po katastrofie
samotna
ale wbrew oczekiwaniom
nowa
a wok� tajemnica
motyle
i bzykanie ciszy

Akwaforta jest jedn� z bardziej pracoch�onnych i trudnych technik u�ywanych w grafice artystycznej. Polega ona na wykonaniu za pomoc� specjalnej ig�y rysunku na p�ytce miedzianej lub cynkowej, kt�r� wcze�niej rozgrzewa si� i pokrywa mieszanin� wosku, asfaltu i �ywicy zwan� werniksem. Rysunek ten jest p�niej trawiony w kwasie. Tak wytrawiona p�ytkas�u�y nast�pnie jako matryca do t�oczenia kompozycji na papier. Ilo�� odbitek jest ograniczona, poniewa� matryca po kilkudziesi�ciu odbitkach zu�ywa si� i wydruk traci walory dzie�a artystycznego. Mistrzem tej techniki jest prof. Jan Szmatloch wyk�adowca na katowickiej uczelni plastycznej. I trzeba doda� mistrzem szczeg�lnym. Jego prace s� na tyle oryginalne, �e nie mo�na ich pomyli� z jakimikolwiek innymi. Nie jest to zas�uga specjalnej techniki ani posiadanego przez artyst� wybitnego talentu. Ani nawet oczywistej pracowito�ci, kt�ra z racji wykonywanej techniki oraz jako�ci prac, mo�e by� tylko por�wnywana do pracy mnicha benedykty�skiego. Zatem co?

Zatem szczeg�lny temat i spos�b jego uj�cia.

Jan Szmatloch jest autorem kilku cykl�w oraz niezliczonej ilo�ci prac formalnie nie po��czonych w powi�zan� ze sob� tematycznie seri�. Jest r�wnie� znanym i cenionym autorem exlibris�w. We wszystkich swych pracach do�� naturalnie ��czy solidno�� z finezj�. Jednak�e tematem, kt�ry nieustannie przewija si� w jego tw�rczo�ci jest miasto. A szczeg�lnie miasto g�rno�l�skie. Miasto w swym wymiarze metafizycznym. W ka�dej z tych prac, w kt�rych pojawia si� light motive miasta, niczym doskona�y fechtmistrz swym wprawnym sztychem dociera do magicznego serca miasta. I co ciekawe, efekt ten uzyskuje buduj�c kompozycj� z rekwizyt�w wybitnie prozaicznych. Temat rodzinnego miasta, kt�re nazywa si� G�rny �l�sk, a w szczeg�lno�ci podej�cie do tego zdawa�o by si� do�� prozaicznego i w gruncie rzeczy banalnego tematu jest jego si�� i by� mo�e przekle�stwem. Chcia�o by si� sparafrazowa� poet�: „Ta ni� czarna si� prz�dzie: Ona za nim, przed nim i wsz�dzie, Ona w ka�dym oddechu, Ona w ka�dym u�miechu, Ona we �zie, w modlitwie i hymnie...” A mo�e jest to ni� bia�a i nie mamy tu do czynienia z przekle�stwem, ale z mi�o�ci�. I by� mo�e ten trop jest w�a�ciwszy.

Jan Szmatloch urodzi� si� w 1950 roku w Rudzie �l�skiej. I to jego miejsce urodzenia, a w szczeg�lno�ci dom rodzinny, niczym wewn�trzny imperatyw, spl�ta� mu serce. O kt�re potyka si� co krok. Poniewa� w kontaktach osobistych, ale i oficjalnych mo�na wyczu� jego wewn�trzny �ar, przy kt�rym najwi�kszy zmarzluch ogrzeje sobie r�ce. Ale gdyby by�a tylko dobro� – nie by�oby artysty. �elazna konsekwencja oplataj�ca jego serce ci�gle popycha go donieustannej pracy na tym wyoranym i posiatkowanym przez XX wiek ugorze zwanym czasami w porywie romantycznego uniesienia niw� artystyczn�. Bez niej ju� dawno leg�by martwy (w sensie artystycznym oczywi�cie). Bo gdzie jest miejsce artysty prze�omu XX i XXI wieku, mrucz�cego po cichutku, acz nieust�pliwie i z nieprzemijaj�cym wdzi�kiem, pie�� pochwaln� o swej ojczy�nie? Nie ma go na r�nego rodzaju b�yskotliwych topach, nie krzycz� o nim media. Nie ma przy sobie rozhisteryzowanych fan�w.

Pytanie zatem brzmi gdzie jest ze swoj� sztuk�? Na pewno w swojej pracowni. Na pewno na uczelni. Na pewno na tych – nie ukrywajmy – elitarnych wystawach w kraju i za granic�. Ale gdyby tylko tyle, to szkoda jego nieustaj�cego st�pania.

Zatem gdzie jeszcze?

W moim sercu i sercach tych wszystkich,kt�rzy z nieukrywan� satysfakcj� podr�uj� od czasu do czasu do krainy, kt�r� na w�asny u�ytek nazywam Koloni� Szmatlocha.

MALARZ 

* * *

m�j znajomy ze �wi�tego miasta er jest po przej�ciach i przejazdach i po przelotach te� nie ma z�udze� ale ma�on� i owoce kupione dla wnuczka na dzie� bo�ego narodzenia kupuje prezenty jeszcze raz po jednej ksi��ce dla tych czytaj�cych i tych ju� o�lep�ych (bo co im kupi�) m�j znajomy stawia bramy �wi�tego miasta er nie �eby nie by�o ciekawszych rzeczy do roboty ale tak po prawdzie nic wi�cej nie potrafi albo nie chce w dobie lot�w balonikami firmy kodak nikt nie potrzebuje jego budowli opr�cz kilku pomyle�c�w co to do miasta wchodz� bram� p�nocn� m�j znajomy od �wi�tych bram miasta er jest ju� z�y na siebie w ko�cu mo�na by wznie�� jak�� piramid� ale c� ka�dy ma sw�j w�zek i sw�j dyszel

Piotra Pilaw� spotka�em pewnego pi�knego popo�udnia w jednej z bram, a raczej w jednym z einfahrt�w prowadz�cych na �lepe podw�rko, na kt�re nawet go��bie nie chcia�y ju� spojrze� (�eby si� inaczej nie wyrazi�). Pocz�tkowo my�la�em, �e zab��dzi�em. Ale trzeba by�o Piotrowej perswazji, abym zrozumia�, �e by�em w b��dzie. Od tej pory spojrza�em na otaczaj�c� mnie rzeczywisto�� z ca�kiem innej perspektywy.

Piotr urodzi� si� w roku 1953 w kr�lewskim mie�cie Krakowie. Jednak ca�e jego doros�e �ycie by�o zwi�zane z Rud� �l�sk�. I tak ju� zosta�o - Piotr b�d�cy ca�y czas duchem w Krakowie, ale cia�em w Rudzie �l�skiej. Ta i�cie wybuchowa mieszanka da�a niespodziewany efekt. Mieszank� ma�opolskiej niefrasobliwo�ci ze �l�sk� solidno�ci�. Jak to m�wi� – tak rodzi si� artysta. Reklama, plakat, grafika komputerowa, a nawet scenografia. Ale przede wszystkim olej. Malarstwo Piotra Pilawy.

Malarstwo Piotra Pilawy jest jak podr� do �wiata ba�ni, kt�ry skrywa si� za oknem, ale i r�wnie� ukryty jest w naszych t�sknotach do �wiata dzieci�stwa. Nie do realnego �wiata dzieci�stwa, ale do tego, kt�re tkwi w naszych g�owach. Pomimo bardzo oszcz�dnej palety kolor�w, a i zaw�onej tematyki, jest to �wiat nad wyraz wci�gaj�cy i frapuj�cy. Artysta uzyskuje to dzi�ki stosowanej przez siebie technice ascetycznie nak�adanych na siebie warstw, niejednokrotnie ��cz�cych r�ne techniki plastyczne. Ale nie rzemios�o jest najwa�niejsze. I nie niew�tpliwy talent. Ani szczeg�lna estetyka. Najwi�ksza si�a jego prac bierze si� z uczciwo�ci. Z uczciwo�ci artystycznej. Ka�de jego p��tno jest d�ug�, mozoln� w�dr�wk�, ci�k� prac�, wykonywan� po to, aby przez przypadek nie oszuka� widza. Ani efektowno��, ani chwilowy sukces na p��tnie, a tym bardziej zwyk�a s�abo�� – �eby mo�e czasem przypodoba� si� widzowi, nie mog� zawa�y� na ko�cowym efekcie. Jego obrazy to swoiste palimpsesty produkowane przez autora. Bo tylko on wie, ile razy kolejna wersja obrazu by�a wycierana rozpuszczalnikiem. Jak ka�da ze sztuk malarstwo jest blag�. Kreacj� �wiata, kt�rego nie ma. Powiedzmy wprost – udawaniem. Ale� ile trzeba maestrii, aby widz chcia� poudawa� z artyst�. Ogl�daj�c prace Piotra Pilawy chce si� udawa� wraz z nim. Czasem tak bardzo, �e si� o tym zapomina i traktuje si� wykreowany �wiat artysty jak w�asny intymny �wiat. Mia�em to szcz�cie, i� wszed�em w przepi�kny �wiat komnat mistrza. A w ka�dej z nich jeden obraz, jak ciep�e pozdrowienie, jak gest. I dopiero teraz widz�, �e prawdziwy �wiat nigdy nie jest brzydki. Zawsze jest cudowny – czy jest to wn�ka w murze, odpadaj�cy tynk, czy kube� na �mieci, nie wspominaj�c ju� o magicznych oknach, przez kt�re nie zagl�dam z chytrej ciekawo�ci, ale ogl�dam jeze zwyk�ej przyjemno�ci. Wchodz� w ka�d� bram�, na og� mroczn�, ale wiem, �e bezpieczn�. Piotr przecie� nigdy by mnie nie skrzywdzi�..., cho� swego czasu odr�ba�em mu r�ce. A najpi�kniejsze jest to, �e kiedy przychodzi do mnie, pomi�dzy jedn� robot� a drug�, bez gadania bierze wiadro, p�dzel i maluje fresk na jednej ze sko�czonych przeze mnie �cian katedry. Nie da si� ukry� wpad�em w sid�a zastawione przez malarza. Czego i tobie �ycz� m�j szanowny, ewentualny czytelniku.

ER

* * *

w moim �w. mie�cie er einfahrty prowadz� do nieba do jednego z nich wchodzi si� od strony �wi�tego paw�a kt�rego pilnuj� lwy zielona farba kutych r�cznie krat ukrywa plac z fioletowym bzem szczeg�lnie w maju po deszczu chodzimy tam z przyjaci�mi w tej galerii pod niebem siadamy na �awkach i patrzymy na ekran studni gdzie chmury przetaczaj� leniwie

czas

Ka�dy ma w g�owie jak�� opowie��, czy inaczej – ka�dy nosi w sobie swoj� pie��. Jedn� z moich pie�ni jest miasto Er, le��ce w miejscu, w kt�rym nieustaj�co mieszkam oraz gdzie� pomi�dzy Ur, a magi� ukrywan� w szorstkich z jednej strony i pe�nych mi�o�ci z drugiej, opowie�ciach babci.

Wszystko ma dwie strony opr�cz wst�gi M�biusa i oczywi�cie Miasta Er. St�d nie ma wyj�cia. Tu si� wchodzi – najcz�ciej bram� p�nocn� – ale ju� nie wychodzi. I nie to, �e nie pr�bowa�em wyj��. Ale nigdy mi si� to jeszcze nie uda�o. Raz �apa�em autostop, jednak samoch�d w pewnym okre�lonym momencie nawala� i nie mo�na nim by�o jecha� dalej. Raz pr�bowa�em tramwajem, ale przystanek ko�cowy stawa� si� zawsze podst�pnie przystankiem pocz�tkowym. Raz wybra�em si� na piechot�, ale w ko�cu z�azi�em z ha�dy po drugiej stronie Miasta Er.

Er jest moj� ma�� ojczyzn�. Jakby specjalnie wybudowan� replik� mitycznego �l�ska. S� tutaj lasy i g�ry, jeziorka i rzeki, gospodarstwa i pola, huta i kopalnie. Mieszkaj� tu Polacy tutejsi i tamtejsi, Niemcy tu i ci, kt�rzy wyjechali tam. I Romowie. Mo�e na pierwszy rzut oka nie ma tu Czech�w i �yd�w, ale jak znam moje miasto to tylko poz�r.

Mamy tu �wi�tynie kilku wyzna�, w kt�rych nasze kobiety po�lubi�y ch�opc�w, kt�rzy przyszli zza rzeki, czyli z bardzo daleka. S� nawet ruiny zamku �redniowiecznego. Jest tu wszystko. Strach i beznadzieja ukryta w zapuszczonych einfahrtach, agresja i bezsilno�� wy�a��ca w spotkaniach po pracy, kt�ra cichutko i podst�pnie ucieka z kopal� i ostatniej ju� huty. Smutek. Za umykaj�cym czasem, kt�ry tyle pozmienia� i jak zwykle powiadaj� – na gorsze. Wszystko. Zatopione w pochyleniu nad prac� i zawieszone w mi�o�ci nad buzi� wysmarowan� �akociami wystaj�c� zza sto�u. Zatopione w zaci�tych i pe�nych rado�ci pokrzykiwaniach ch�opc�w goni�cych zawzi�cie za pi�k� i w pe�nych pokoju oczach kobiet wychylaj�cych si� z czerwonych okien, kiedy z zainteresowaniem godnym Sfinksa �ledz� up�ywaj�cy czas. Zatopione w niedzielnych spacerach rodzinnych ko�cz�cych si� w piwiarni przy kuflu piwa i szklance oran�ady. Zatopione w drobnych gestach codzienno�ci, kt�re niejednokrotnie s� powodem do dumy i satysfakcji, ale bywa te�, �e i b�lu.

Mamy tu krajobraz ksi�ycowy, ska�ony ci�k� prac� koksowni, gdzie w ciep�e dni czu� jak ziemia czw�rkami idzie do nieba. I hale fabryczne, kt�re niczym zapomniane pa�ace jakie� minionej cywilizacji rze�bi� wyobra�ni� ocieraj�c si� o mit zaginionych Atlant�w. I zagubione torowiska, kt�re nie wiadomo sk�d si� wy�aniaj� i dok�d prowadz� i perony, przy kt�rych mo�e pojawi� si� magiczna lokomotywa ci�gn�ca wagoniki na przeja�d�k� w czasie do miejsc, o kt�rych mo�na jedynie �ni�. I sie� bunkr�w odlanych z betonu, gdzie tylko legendy s� w stanie zrozumie� labirynt podziemnych korytarzy. I cmentarze z omsza�ymi nagrobkami, gdzie tyle j�zyk�w w pokucie za�wiadcza o przemijaniu, �e brakuje jedynie napis�w runicznych – a gdyby dobrze poszuka�, to kto wie.

Mamy tu ucieczki i wysiedlenia. A nawet fili� obozu koncentracyjnego z Auschwitz. Ale przede wszystkim ci�k� prac� wykonywan� solidnie i z du�� doz� samozaparcia. Cho� i kilku komediant�w te� mo�na by znale��, cz�sto odbr�zawiaj�cych nasz� niejednokrotnie niepotrzebn� powag�.

I przecudne kobiety.

Er jest moj� ma�� ojczyzn�, kt�r� ci�gle w zdumieniu odkrywam, pisz�c jej los na zwitkach papier�w. A pisz� chaotycznie i bez wi�kszego efektu. Ale jak to powiadaj�, papier jest cierpliwy. Poczeka.

Krystian Ga�uszka

ze strony: www.gall.terramail.pl ,
por�wnaj: Sagrada Familia, czyli kr�tka rzecz o ojczyznie


 

 


« zur�ck zur Rubrik Publikacje

[ AKTUELL ]  [ POLITIK ]  [ HISTORIA ]  [ Z ARCHIWUM ]  [ KULTUR ]  [ PUBLIKACJE ]  [ MINIATURY ]  [ VITA ]
[ REAKCJE ]  [ DEBATA ]  [ INFORMACJE ]  [ INDEX ]  [ FORMAT-A4 ]  [ ARCHIV-2002 ]  [ SUCHEN ]