Click here to send us your inquires or call (852) 36130518

[ECHO �LONSKA]  [FORUM]  [SERVIS]  [�LONSK]  [RUCH AUTONOMII �L�SKA]

« IMPRESSUM

KONTAKT

post@EchoSlonska.com

11_02/2003

ECHO �LONSKA

« nazot «


BAJKI NIE TEJ  BAJKI

CHOINKA

Od kiedy pami�tam zawsze chcia�em by� choink�. A nawet dalej. Podejrzewam, �e kiedy tego sobie jeszcze nie u�wiadamia�em, chcia�em by� choink�, t� �wi�teczn� pe�n� przepychu i frywolno�ci, pe�n� blasku i powabu - czaruj�c wok� gwiazdami, ods�aniaj�c tajemnice.

Znaj�c moj� skrywan� mi�o��, starsi koledzy z podw�rka pomalowali mnie pewnego, jak�e pami�tnego i nie da si� ukry� pi�knego dla mnie dnia, olejnymi farbami, znalezionymi na �mietniku tu� za naszym domem. Kiedy oni stwarzali choink� doskona��, ja cz�stowa�em ich cukierkami, kt�re to nies�ychane wtedy �akocie, by�y g��wnymi winowajcami cudu. Od tego dnia sta�em si� prawdziw� choink�, tym drzewkiem �wi�tecznym przychodz�cym w zimowe noce niczym �w. Miko�aj z ci�kim worem prezent�w. Nie zmieni�a nawet tego stanu rzeczyp�niejsza k�piel w rozpuszczalniku. Wszystko to trzyma�em w tajemnicy, nie chwal�c si� przed nikim. W zasadzie by�em normalnym ch�opcem. Dopiero gdy przychodzi�o zimowe zr�wnanie dnia z noc�, zabiera�em si� do pracy. Tyle oczekiwa� i rozdziawionych g�bczekaj�cych na cud. Tyle t�sknoty za zagubionymi tajemnicami. Tak wi�c stwarza�em cuda hipnotyzuj�c magi� i moc�. Ksi��ka? Czekoladki ? Hulajnoga ? Lalka? Pieseczek ?... Pstryk, pstryk - prosz� bardzo. Posuwa�em si� nawet do cud�w prawdziwych. Nadzieja? Wiara? Mi�o��? ... Pstryk, pstryk - prosz� bardzo. Jedynie �w. Miko�aj kr�ci� g�ow�. - S� granice - t�umaczy� - kt�rych przekracza� nie trzeba.

Niestety mia� racj�. Jak to �w. Miko�aj.

Zimow� noc� nie wyruszam ju� w drog�. Nie chodz� po domach. Nie rozdaj� u�miech�w, ani nawet ciep�ych skarpetek. Sam wyczekuj� cudu.

I kiedy tak rozmy�lam i analizuj� to wszystko, to dochodz� do wniosku, �e chyba powinienem zosta� jak nie kosmonaut� to przynajmniej latawcem.

BAJKA GAUDIEGO

W targowy czwartek w mie�cie S. wykupi�em stragan i wystawi�em na sprzeda� swoje wiersze. Tu� obok mnie swoje obrazy wystawi� nieznajomy mi malarz. Ludziska �azi�y to tu, to tam, lecz nikt, dos�ownie nikt, nie podszed� do mnie. Za to malarzowi sz�o zno�nie. Pykaj�c fajeczk�, u�miecha� si� do okazjonalnych klient�w i prowadzi� z nimi dysputy o niebie. Ja przeciwnie. Nerwowo pal�c jednego papierosa za drugim, spogl�da�em na przechodz�cych cz�sto spode �ba, czasemw grymasie u�miechu, k�cikiem oczu �ypa�emna przepi�kne panny, zatrzymuj�ce si� przy stoisku obok.

Dzie� p�yn�� leniwie. S�onko gra�o w chowanego z chmurkami. Z nud�w, zrezygnowany, coraz cz�ciej zacz��em obserwowa� pi�knoducha obok, kt�ry machaj�c kolorowym kwiatom na klombach, od czasu do czasu pr�bowa� sprzeda� swoje obrazy. Kapry�ni klienci m�dz�c krzywili nosamitowlewo,towprawo. Onjednak nieodmiennie swoimi oczami opowiada� im historie z bajek Gaudiego. Na mnie spojrza� tylko raz. Jakby chc�c mi pom�c, czy mo�e pocieszy�. Wstrz�sn�y mn� jego oczy. Nie da si� ukry� hipnotyzuj�ce. Chcia�o by si� je czyta� wci�� i wci�� niczym ksi��ki de Mello'a.

Kiedy targ mia� si� ku ko�cowi, nie wiedzie� w jaki spos�b malarz znikn��. Stragan, przy kt�rym go�ci�,�wieci� pustkami. Nie wiem czy przysn��em, gdy si� pakowa�, czy mo�e zamy�li�em si� ( g��boko - jak to si� m�wi ), w ka�dym razie nie zauwa�y�em jego odej�cia. Musz� przyzna� jednak, �e dosy� mnie to zafrapowa�o.

Z placu targowego schodzi�em ostatni, nie dlatego �e mia�em nadziej� i� w ko�cu kto� do mnie podejdzie czy nawet kupi jaki� - nie ukrywam - pi�kny wiersz, ale dlatego, �e co� ci�gn�o mnie do tego stoiska obok. Kiedy szybko si� spakowa�em - nie by�o z tym wiele roboty - przeszed�em na stragan obok. W pierwszej chwili niczego nie dostrzeg�em, ale kiedy, nie wiedzie� dlaczego zawiedziony, chcia�em odej��, zobaczy�em oparte o bok wiaty do�� du�e p��tno. Kolorowy klaun z czap� �la Bonaparte melancholijnie spogl�da� gdzie� ponad moje rami�. Nie my�l�c co robi�, niepor�cznie wepchn��em obraz pod pach� i jak mi si� zdawa�o, chy�kiem opu�ci�em plac targowy.

Po latach gdy go�ci� u mnie znajomy malarz, pokaza�em mu m�j "nabytek". Wielkie by�o jego zdziwienie(o moim os�upieniu nie wspomn�). By� to jeden z tych obraz�w, kt�re w tajemniczych okoliczno�ciach znikn�y z jego pracowni. Wyja�niaj�c sytuacj� znajomy malarz zarzeka� si�, �e w mie�cie S. nigdy nie wystawia� do sprzeda�y swoich obraz�w. P�niej pal�c fajk� (!?) opowiada� mi jak to w r�nych cz�ciach �wiata (Austria. Australia, Kanada ... ) w galeriach, b�d� u os�b prywatnych, odnajdywa� swoje obrazy. Wtedy to w�a�nie przypomnia�a mi si� jedna z bajek Gaudiego, kt�r� opowiada� pami�tny malarz. Do nieba artyst�w z chwil� powstania pewne dzie�a trafiaj�, inne nie. Zdarza si� te� cz�sto, �e ich doskona�e kopie pojawiaj� si� z powrotem na ziemi, cz�sto w bardzo dziwnych miejscach. Prawdopodobnie jest to wina anio��w, kt�re w wolnych chwilach psotami urozmaicaj� sobie �mudn� prac� w urz�dach niebia�skich.

OJCIEC

Tego wrze�niowego wieczora wyszed�em na dach mr�wkowca, w kt�rym - z ci�g�ym zdziwieniem - ostatnio mieszka�em. Przede mn� rozpo�ciera�a si� panorama miasta, powoli kryj�ca si� w szarzy�nie zbli�aj�cej si� nocy. Z dumnie podniesion� g�ow� rozgl�da�em si� po okolicy. Mam syna. Mmmam syyyna. Ju� od godziny. I cho� nigdzie nie by�o kolorowych rac ogni sztucznych, a szampan nie la� si� galonami, �wi�towa�em, czuj�c, �e pomimo wszystko miasto cieszy�o si� wraz ze mn�.

Kiedy tak kiwali�my si� - miasto i ja, poczu�em na ramieniu dotyk r�ki. Odwr�ci�em si� niespiesznie. Przede mn� sta� wcze�niej zmar�y ojciec. Tak stali�my sobie, jak m�wi� Anglicy "face to face", patrz�c na siebie z pewnym niepokojem i niedowierzaniem. Dopiero po chwili, jakby na komend� padli�my sobie w ramiona.

Przyciska�em go do serca �kaj�c i �miej�c si� zarazem. On szepta� po cichutku moje imi�. Kiedy si� uspokoili�my dyndaj�co siedli�my na skraju dachu. 

- Wiesz tato, mam syna.
- Yhm. Pi�kny jest.
- Widzia�e� go ?

On jedynie spojrza� na mnie. W tym wzroku nie by�o zdziwienia, ani politowania. By�a jedynie rado��.

- No tak - rzek�em cz�stuj�c go papierosem.

Palili�my w milczeniu, trzymaj�c si� za r�ce. Nigdy tego nie robili�my. Ale teraz by�o to tak oczywiste i naturalne,�e a� chcia�o si�lata�.

- Chcesz polata� ? - zagadn�� mnie, wypuszczaj�c ustami dym.
- Polata� ?
- Polata�.

Skin��em g�ow�. No tak, dlaczego w�a�ciwie nie. Jeszcze nigdy nie lata�em z ojcem.

Tak wi�c stan�li�my na skraju dachu, rozgl�daj�c si� po otaczaj�cych nas iluminacjach miasta.

- To co lecimy ?
- Lecimy.

I polecieli�my. Nurkuj�co g�ow� w d�, a potem strzeli�cie w g�r�. Niczym dwa postrzelone ��todzioby. Kre�lili�my po niebie beczki, piruety, korkoci�gi, prze�cigaj�c si� nawzajem. Mijaj�c wie�e ko�cio�a,pomachali�my zdziwionym krukom, kt�re niczym sowy z wyba�uszonymi oczami kr�ci�y �ebkami �ledz�c bez aprobaty nasze powietrzne wyg�upy. W pewnym momencie ojciec skierowa� si� na p�noc. Lec�c za nim, pr�bowa�em go wyprzedzi�, chc�c pierwszy dotrze� do celu. Dzisiaj jednak by� on niedo�cig�y. Zatrzymali�my si� na wysoko�ci trzeciego pi�tra oddzia�u po�o�niczego. Przyklejaj�c g�owy do szyby patrzeli�my na moj� przewspania�� �on� i ma�ego. W p�mroku nocnej lampki widzieli�my jej zm�czon� i szcz�liw� twarz oraz ma�ego w tobo�ku u jej boku. Spali.

Kiedy z powrotem wyl�dowali�my na dachu wie�owca, u�cisn�li�my si� na po�egnanie.

- Nie wiedzia�em, �e potrafisz lata�, tato.

On pokr�ci� jedynie g�ow� z lekk� dezaprobat�.

- Synu, a ciebie kto nauczy� lata�?

KUBA

Do pubu „KREKOT” trafili�my przez przypadek w pewien p�nojesienny wiecz�r, uciekaj�c przed pogod�, co to o niej Stachura swego czasu powiedzia� - "Wszystko jest poezj�, ale bez przesady".

Pub mie�ci� si� na rogatkach miasta przycupni�ty w kamieniczce z lekka chorej na zapomnienie.

W �rodku panowa� p�mrok. Dopiero po chwili zorientowali�my si�, �e sala by�a prawie pusta. Zmursza�y barman, udaj�c sow�, popija� piwo, klientowi �pi�cemu na kontuarze baru. W rogu sali smutny kontrabasista m�czy� Waitsem.

Kiedy z �on� s�czyli�my winko, a przyjemne ciep�o leniwie rozp�ywa�o si� po naszych twarzach, przysiad� si� do nas dziwny typ. Skrzy�owanie sp�nionego hapiesa z kowbojem. Pal�c fajk� (!) z ciep�� ironi� obserwowa� smutnegokontrabasist�,corusz,k�temoka,leniwie spogl�daj�c w moim kierunku. Co jest ciekawe wcale nie czu�em si� speszony.

- O.K. ? - zagada� w pewnej chwili.
- Yhmm - odpowiedzia�em inteligentnie

Muzyk dalej s�czy� sw� zachrypni�t� muzyk�.

- Zata�czymy ?

Zg�upia�em. Pytanie nie by�o skierowane do mej �ony, ale do mnie. Przera�ony, z niedowierzaniem, wskaza�em pytaj�co palcem na w�asn� osob�. On, u�miechaj�c si� k�cikiem ust, przytakn��, wypuszczaj�c przy tymw spos�b do�� zrezygnowany dym z ust. 

Sam nie wierz�c we w�asne s�owa, us�ysza�em z moich ust, �e tak, �e dlaczego by nie.

Tak wi�c stan�li�my na ma�ym parkiecie ustawiaj�c si� bokiem do smutnego kontrabasisty. Zazwyczaj, kiedy ta�cz� z obc� osob�, jestem spi�ty. Tym bardziej teraz, gdy mia�em zata�czy� z facetem (!). Czu�em si� zwinny niczym imad�o. Jednakpokr�tkiejchwili,pe�enzdziwienia,�e wszystko b�yskawicznie mija, poczu�em si� dziwnie lekki. Opu�ci� mnie strach. Jaka� nieznana mi rado��, zacz�a wype�nia� moje cia�o. Zacz�li�my ta�czy�. Niczym dwaj samce prezentuj�ce swe wdzi�ki przed wybrank� serca. Niczym dwaj wojownicy odstraszaj�cy wroga. Niczym szamani snuj�cy opowie�� o mi�o�ci i nienawi�ci, o braterstwie i samotno�ci...

Nawet nie zauwa�y�em kiedy sala wype�ni�a si� go��mi. Przy stoliku najbli�ej parkietu siedzia� Kubu� Puchatek popijaj�cy ��ty soczek i gestykuluj�cy jak�� historyjk� Krzysiu. Przy bilardzie w rogu sali m�czy� si� Kierkiegord i Capra. �ona nie zwracaj�c zupe�nie uwagi na moje wyczyny taneczne, t�umaczy�a co� Gandalfowi potakuj�cemu �miesznie g�ow�. 

Odwr�ci�em si� twarz� do mego ta�cz�cego ze �wiat�em partnera. Ruchem oczu pytaj�co wskaza�em mu sal�. Jedynie fiku�ny u�miech rozstrzeli� mu g�b�. No tak, no c�. Ta�czyli�my dalej. Ta�czyli�my.

Do czasu.

NIE BO

Kiedy porz�dkowa�em papiery zostawione przez mego brata, natkn��em si� na nast�puj�cy fragmencik o Arkadii. "Arkadia. Tak. Je�li masz mieszkanie, to przez prosty zabieg zawieszenia na drzwiach, na przyk�ad �azienki, kartkiz napisem ARKADIA - b�dziesz j� mia� .Albo na drzwiach kuchni.(...).Gdy jednak nie mo�esz zdecydowa� si�, gdzie j� umie�ci�, proponuj� zawiesi� kartk� na drzwiach wej�ciowych do mieszkania. Tym prostym sposobem rozci�gniesz Arkadi� na wszystkie jego pomieszczenia. Je�li za� kochasz ludzi, zawie� kartk� na drzwiach domu, w ten spos�b obdarzysz wszystkich s�siad�w. Gdy to nie wystarczy - skorzystaj z bram miasta(spos�b godny polecenia tym bez mieszka�)(...)."

Pal�c papierosa zastanawia�em si� nad dywagacjami nieobecnego brata. Nie powiem, �ebym mocno deliberowa�. W rzeczywisto�cikrowimwzrokiemomiata�em sp�kany sufit, wypuszczaj�c ustami nieforemne k�ka dymu papierosowego. I nagle za�wita�o w mojej niem�drej g�owie - Czemu nie. - Dlaczego by nie? - zwr�ci�em si� g�o�no do klowna wisz�cego na �cianie.

Wzi�wszy plan miasta, policzy�em g��wne drogi wjazdowe i czarnym, grubym flamastrem na o�miu kartkach brystolu wykaligrafowa�em pi�kny napis ARKADIA.

Na drugi dzie�, p�nym popo�udniem, z lekkim przestrachem, wsiad�em na rower i ruszy�em na rogatki miasta. Kiedy przyklei�em klajstrem introligatorskim ostatni� kartk�, ruszy�em do centrum. Zatrzyma�em si� przy pierwszej kafejce. Popijaj�c winko pod parasolem, obserwowa�em otoczenie. Na pierwszy rzut oka nic si� nie zmieni�o. Wi�kszo�� kamieniczek nadal by�a brudna i obszarpana. Ludzie w swych biednych okryciach nadal spieszyli si�, pr�buj�c dogoni� uciekaj�cy czas. Nic si� nie zmieni�o. A jednak. R�nica jaka� by�a. Najpierw nie wiedzia�em jaka. Ale przeczuwa�em, �e co� jest nie tak. Dopiero przy drugim papierosie zrozumia�em. Strach. Znik�. Nie tylko u mnie. Zachowanie innych �wiadczy�o, �e znik� on u wszystkich. B�l pozosta� (sprawdzi�em to przypalaj�c sobie papierosem palec), ale strach ulotni� si�. Mia�em wra�enie, �e odpad�a od nas jaka� kalna b�ona. Rzeczywisto�� sta�a si� jakby bardziej realna. �wietlistsza. Czy mo�e jeszcze bardziej inaczej.

- No i jak? - pos�ysza�em tu� obok znajomy g�os brata.

Patrzy�em na niego robi�c coraz bardziej �miesznie du�e oczy.

- No jak, proste nie ?

Chwyci�em go za d�onie, �ciskaj�c je, jakby mia�y za chwil� znikn��.

- Wystarczy tylko tyle !? - wyduka�em dr��cym z przej�cia g�osem.

- Tylko tyle. No prawie. Musi to zrobi� jednak ka�dy - odpowiedzia� z tym swoim pi�knym u�miechem schowanym w k�cikach ust.

- Musz� to zrobi� wszyscy. Wtedy si� sko�czy, czy raczej zacznie.
- Czyli nie jest to takie proste.
- Proste, ale nie takie �atwe. Ale nie przejmuj si�. 

Stanie si�.

- Szybko?
- Z mojej perspektywy b�yskawicznie.
- Mog� tu zosta�?
- Hmm. M�g�by�, ale idzie deszcz.

Faktycznie niebo z nag�a �ciemnia�o, a pierwsze pot�ne krople uderzy�y w parasol...

KUSZENIE

Kiedy p�nojesiennym wieczorem wraca�em pospiesznie do domu, ze spotkania literackiego, na kt�rym honorowym go�ciem by� angielski prozaik i poeta Brian Paten, zton�cej w mroku bramy wyskoczy�o z nag�a dw�ch m�odych ludzi. Stan�li przede mn� na deszczu niczym dwa zagubione ptaki. Kiedy chcia�em ich wymin�� poczu�em nagle rozrywaj�cy b�l w brzuchu. Piorun przemkn�� przez ca�e moje cia�o, rzucaj�c mnie na kolana. Od tej chwili widzia�em wszystko jak na zwolnionym filmie. Do tego trzeba doda� kiepskim filmie. Kl�cz�co, gdzie� poza mn�,dostrzeg�em jak jeden z napastnik�w wyciera skrwawiony n� o moje rami�. Pot�ny bucior drugiego z napastnik�w kosz�cym lotem my�liwca waln�� mnie w szcz�k�, rzucaj�c g�ow� niczym pi�k� od bilardu w �cian� budynku. Nast�puj�ce po chwili wdeptywanie w chodnik przypomina�o mizachowaniemegodwuletniegosynka pr�buj�cego wdepta� w piasek bzykaj�c� much�. Wy�adowawszy energi� splun�li w moj� stron� i spacerkiem niespiesznie odeszli w g��b uliczki.

Le�a�em martwy. Nieruchomo przera�ony. Drobniutkie krople deszczu klei�y si� do mych oczu. Powoli przede mn� materializowa� si� pi�knyb��d m�odzian odziany w d�ugi ciemnozielony prochowiec. Zeskoczywszy z niewidzialnej rampy ukl�k� przy mnie k�ad�c r�ce na mojej g�owie.

- Nie �yjesz - stwierdzi�.
- Chyba tak.
- Na pewno. Umar�e� uderzaj�c g�ow� w mur.
- Kim jeste�?
- Anio�em. Nie le� tak, wsta�.

Poczu�em si� jak dawniej, mog�em rzeczywi�cie wsta�, ale le�a�em dalej.

- Archanio� Rafa�?

- No nie. �eby mnie por�wna� z tym niemrawym g��bem. Jestem tym, kt�ry niesie �wiat�o. Tamci nie przybyli. Niemaj� czasu-durnie.Przyszed�em tylko ja, kt�ry rozumie pot�g� wszechrzeczy. Przyszed�em ci� zabra�.
- Ale dlaczego!? Nie zrobi�em nic z�ego
-Nie chcesz p�j�� za mn� do kr�lestwa mego?

- ...

- Ci dwaj, kt�rych spotka�e�, zrobili to po raz pierwszy. To ty jeste� winny ich g�upiej i niem�drej zbrodni. Ponosisz odpowiedzialno�� za ich zej�cie w stron� mroku. Twoja g�upota i bezmy�lno��, chodz�cego z g�ow� w chmurach. Brak odpowiedzialno�ci, pycha, zarozumia�o�� ... - m�wi� to ze smutkiem w g�osie i co najdziwniejsze z jakim� tam b�lem.
- Daj mi jeszcze jedn� szans�.

Spojrza� na mnie najpierw zdziwiony a nast�pnie lekko rozbawiony.

- Jak poeta poecie? - zaproponowa�.

Przytakn��em.

- Zatem id� - co powiedziawszy znikn��.

Zbli�a�em si� bardzo ostro�nie dociemnejbramy domu. Nagle wyskoczy�o z niej dw�ch m�odzie�c�w. Zd��y�em dostrzec b�ysk ostrza. Ten kurewsko ostry b�l znowu eksplodowa� w moim brzuchu...

VIVIEN

Noc by�a z tych smolisto mgielnych. Jecha�em w�a�nie przez Las Broceliande moj� now� lagun�, kt�r� wybra�em nie dlatego, �e by� to najlepszy samoch�d w swojej klasie, ale z powodu nazwy - pi�knie by�o porusza� si� lagun�. Zatem jecha�em moj� now� czarn� lagun�, sun�c dostojnie szos� przez dziwnie ponury tego dnia las i s�uchaj�c z kompakta przepi�knej tr�bki z "Dzieci Sancheza", kiedy na poboczu drogi dostrzeg�em kruch� posta�, w do�� niedba�y spos�b machaj�c� r�k� w znanym wszystkim ge�cie autostopowicza. I cho� nigdy - no prawie nigdy - nie bior� okazji, kiedy min��em tego sp�nionego piechura, noga mimowolnie nacisn�a hamulec. Z lekkim zdziwieniem spogl�d��em we wsteczne lusterko. Niezbyt spiesznie, jakby z wielkim przekonaniem, �e b�d� na ni� czeka�, nieznana mi osoba, skierowa�a si� w moj� stron�.

Kiedy otwar�a drzwipoczu�emsi�nieswojo. By�a to elektryzuj�ca fala, kt�ra wdar�a si� do kabiny samochodu niczym wybuch �wiat�a. Zapar�o mi dech w piersiach. Czu�em si� jak smarkacz na pierwszej randce ( nie powiem by�o to pi�kne uczucie). Nie pytaj�c gdzie jad�, przepi�kna usadowi�a si� wygodnie obok mnie na przednim siedzeniu.

- �adna tr�bka - przywita�a si� nieznajoma, wskazuj�c podbr�dkiem odtwarza� kompaktowy.

Ruszy�em. Zaczarowany. Oniemia�y.

Jechali�my w milczeniu. Ca�� swoj� moc wykorzystywa�em, aby oprze� si� miotaj�cej potrzebie spojrzenia na pasa�erk�. Pragnienie by�o wszechogarniaj�ce. Potrzebowa�em tego jak powietrza. Oczywi�cie m�g�bym prowadzi� samoch�d i ch�on�� jej obraz, rozkoszuj�c si� nieprzerwanym patrzeniem w jej doskona�e - w ka�dym razie dla mnie - twarz, ramiona, piersi, kibi�, nogi itd. itd.

Patrzy�em jednak przed siebie. Doskonale wiedzia�em,�eonawiedzia�a.Ma�otego, doskonale wiedzia�em, �e ona wiedzia�a, �e ja wiedzia�em. W tym miejscu mogliby�my ju� przesta�. Co si� mia�o sta� niech si� wydarzy.

Jechali�my jednak dalej w milczeniu. Po chwili skr�ci�em z g��wnej drogi i wjecha�em w boczn�. I cho� nigdy tu jeszcze nie by�em, wiedzia�em, �e zaraz pojawi si� jezioro. My�la�em jednak, �e wyspy i zamku nie zobacz�. Myli�em si� jednak. Kiedy podjechali�my,zamek l�ni� wewn�trznym �wiat�em. Nie zwolni�em nawet. Po lustrze wody, niczym po p�ycie lotniska, podjechali�my pod g��wn� bram�. Kiedy przeje�d�ali�my pod ni�, nawet nie obejrza�em si� po raz ostatni do ty�u.

Zawsze my�la�em, �e b�d� m�drzejszy, czy mo�e tylko silniejszy od Merlina. C�. Vivien udowodni�a, �e by�em w b��dzie.

�NIEG

Zacz�o pada� w p�no listopadowy wiecz�r. Nic wielkiego. Po prostu wczesny �nieg. Na dworze by�o pomi�dzy minus jeden a minus dwa stopnie, wi�c dlaczego by nie.

Rano gdy wychodzi�em do pracy jeszcze sypa�o. I cho� �nieg by� jakby troch� nie�mia�y, a p�atki drobniutkie jak kaszka manna, troch� si� go ju� nazbiera�o, pokrywaj�c r�wn� warstw� chodniki, drogi i dachy. Co ciekawe jako� nikt w pracy nie wspomina� o �niegu, nikt nie komentowa� tegob�d� co b�d� jesiennego wyczynu. W po�udniowych wiadomo�ciach radiowych spraw� �niegu r�wnie� jeszcze przemilczano.

Burza (chcia�oby si� powiedzie� �niegowa) rozp�ta�a si� dopiero w wieczornych wiadomo�ciach telewizyjnych. Stacje telewizyjne przekazywa�y sobie obrazy z wszystkich cz�ci �wiata. Wsz�dzie sypa�o. W Skandynawii i w Egipcie. W Australii i Brazylii. Wsz�dzie.

Jajog�owi zebrani w studiach telewizyjnych w uczonym be�kocie rozk�adali bezradnie roztrz�sione r�ce. Pojawia�y si� co bardziej b�yskotliwsze teorie, ale nie wiadomo sk�d bior�cy si� �nieg, nic sobie z nich nie robi�. Pada� dalej. Po dziesi�ciu dniach �wiatowy transport zosta� w zasadzie wstrzymany, kursowa�y jedynie statki i promy wodne. Po czasie powoli zamiera�y wszystkie instytucje i zak�ady pracy. Pod koniec grudnia nie dzia�a�o ju� nic. �nieg przykry� ju� prawie wszystko. 

Z pi�tnastego pi�tra mego mieszkania rozpo�ciera� si� do�� dziwny widok. Bia�a pustynia, na kt�rej widnia�y nieopodal czubki dw�ch wie�owc�w i majacz�ca w oddali kopu�a wie�y ko�cielnej, rozci�ga�a si� po kres horyzontu. Z sino-szarego niebosk�onu sypa�o niestrudzenie dalej

Po pierwszym szoku, spowodowanym nowymi realiami, �ycie si� uspokoi�o. Jakby spowolnia�o, ale i nabra�o innego wymiaru. Cz�ciej ni� zwykle spotykali�my si� ze znajomymi i rodzin�. Na wszystko by�o wi�cej czasu. S�siedzi z ni�szych pi�ter przychodzili od czasu do czasu popatrze� co si� dzieje i jak to "teraz" wygl�da, powoli trac�c zainteresowanie �miesznie sypi�cym �niegiem. Rozmowy towarzyskie obraca�y si� wok� organizowania �ywno�ci i oznakowania tuneli ��cz�cych swym labiryntem wszystkie domy i osiedla. Jeden z s�siad�w utrzymywa�, �e od kilku dni �ywi si� tylko �niegiem i o dziwo nie czuje g�odu. Inni r�wnie� potwierdzilifantastyczne odczucia s�siada. Pewnego razu znajomy zach�y�ni�ty opowiada� o metrze, kt�re samoistnie przekszta�ci�o si� w pot�ny zwierzyniec. Obiecali�my mu solennie, �e si� tam wkr�tce wybierzemy.
Czterdziestego dnia wyszed�em na balkon. �nieg podszed� pod moj� balustrad�. By�a noc. Opatulony w puchow� kurtk� pali�em ostatniego uchowanego papierosa. Kiedy sko�czy�em pali� poczu�em,�eco�si�zmieni�o.Nadbia�� cisz� �wieci�y przepi�knie skrz�ce si� gwiazdy. Zach�y�ni�ty widokiem, dopiero po chwili zrozumia�em, �e przesta�o pada�. Przesta�o pada�. Sko�czy�o si�. By�o pi�knie. Troch� �niegu, a tak �adnie.

Krystain Ga�uszka

Dalsze texty autora: http://gall.terramail.pl


 

 


« zur�ck «

[ HOME ] [ INDEX ] [ FORMAT-A4 ] [ ARCHIV-2002 ] [ SUCHEN ]